wtorek, 6 lutego 2018

Rekonesanse są niebezpieczne

Po Rajdzie 4 Żywiołów kolejny tydzień zaplanowany był raczej rekreacyjnie. W dni robocze raptem tylko OrtInO nas czekało, do tego jak dowiedzieliśmy się wcześniej - jeszcze staranniej niż zwykle rozpoznany teren - bo osobiście.
Standardowo nie dając się ponieść ambicji zapisaliśmy się na Trasę tylko Utrudnioną, wystroiliśmy ciepło, bo wieczór taki sobie i na start dotarliśmy całkiem punktualnie. Ma to taką zaletę/wadę, że im się jest wcześniej tym dłużej się człowiek zbiera na trasę - za dużo możliwości na pogadanie :)

Ale chłodek skrócił pogaduszki - zawsze idąc cieplej. Dorwaliśmy się więc do karty startowej i chwilę potem do map. Jak coraz częściej zdarza się pamiętać - najpierw sprawdzenie - jaki czas, ile PK jest na mapie a ile należy zebrać i czy są zadania. Po dotarciu do zad. 3 "Kto jechał kłusem w piusce na Mobiusce?"  od razu wiedziałem, kto jest autorem mapy :)

W pierwszej chwili - jak to na OrtInO wyglądało na to, że nic do niczego nie pasuje. Ale na to jest sprawdzona metoda - idziemy po wycinku startowym i w międzyczasie może nas olśni :)
Pierwsze olśnienia były mało przydatne - ustaliliśmy, że wstęga startowa jest tą jedyną kompletną.
Następnie udało się skojarzyć blok przy PK L/H - choć nadal nie wiedzieliśmy gdzie to jest. Dopiero idąc po PK C zauważyliśmy wspólny budynek na wycinku z tym punktem i z wcześniej zgranym L/H. To bardzo pomogło, gdyż od razu mogliśmy iść po PK J oraz PK I, a jak już doszliśmy do J-ta, to końcówkę wstęgi dopasowaliśmy w terenie do PK E.
W tej okolicy jakoś tłoczno było od InOków :) Spotkaliśmy m.in. Darka M. skarżącego się na bardzo ciemną mapę. Co fakt to fakt, trochę rozjaśnienia może by poprawiło czytelność po ciemku...
W miarę dopasowywania kolejnych wycinków robiło się coraz prościej - tam przynajmniej się wydawało. Nadal jednak wycinek KMNOP był zagadką, więc poszliśmy po znany już FG (bo wiadomo było, że pasował do PK LH).
Troszkę zaczęło nam powoli brakować czasu - i nadal wiedzy co z ostatnią wstęgą. Idąc już nieco zrezygnowanym na start doznaliśmy olśnienia - dach przy punkcie C! Jest na wycinku niedaleko N. A przynajmniej wygląda podobnie...
Wizja lokalna potwierdziła podejrzenie - konkretnie PK P był tam, gdzie się go spodziewaliśmy! I ucieszyło nas to dodatkowo, bo znając położenie PK N mogliśmy spróbować podejść do zadań.
Zbierając PK  O, jako ostatni punkt zostało nam na to 10 minut - jak się okazało wcale nie tak dużo.
Określenie azymutu z PK z dwóch całkiem rozłącznych wycinków, to tego przy różnej skali... W końcu oba PK odnieśliśmy do wycinka z PK C (bo sąsiadowały z nim) i na tej podstawie wyliczyliśmy coś, co kosztowało nas 5 PK.
Do wyliczenia odległości należało jeszcze określić skalę, co zrobiliśmy w drodze na metę. Niestety - wyszły nam różne wyniki (ja się pomyliłem...) - więc liczyłem po raz drugi... I dwie minuty lekkie poszły właśnie na to...
Ale na szczęście o sekundy nie były to 3 ;)

Ogólnie z wrażeń to mamy takie (chyba potwierdzone historią Renaty i Tomka), że rekonesans prowadzi do lepszej znajomości okolicy, więc i przeceniania uczestników :) Trasy były wymagające i troszkę mam odczucie, że spasowanie nieszczęsnego wycinka KMNOP wymagało troszkę szczęścia, a nie tylko umiejętności.
Co nie zmienia faktu, że było przyjemnie i to mimo chłodnej pogody!!

piątek, 2 lutego 2018

Gdzie ten czas leci...

Można by pomyśleć, że tytuł wiąże się z tradycyjnym już opóźnieniem w publikacji wpisów.
Ale nie.
Opóźnienie w pisaniu sprawiło, że najpierw uzupełniłem książeczkę InO.
I wychodzi na to, że zaczynając od 4 etapu Szybkiego Mózgu 2016, Zimowy Rajd Czterech Żywiołów to była moja jubileuszowy 200 wpis w książeczkę między 7 września 2016 a 20 stycznia 2018. Chyba całkiem nieźle?

Jechać do Bydlina zdecydowaliśmy się ze względu na bardzo dobre wspomnienia z edycji letniej - zarówno co do organizacji imprezy jak i samej trasy. Warto podkreślić, że zrezygnowaliśmy dla startu z dwóch dni siedmiodniowego urlopu w Bieszczadach - nie dla każdego rajdu poświęcilibyśmy ten czas.
Droga do bazy z dalekiego południowego wschodu prowadziła nas w okolicach Krakowa, po drodze zgarnęliśmy więc spędzającą piątek owocnie na licznych krakowskich TRInO Barbarę. Po pustych, bieszczadzkich drogach przejazd przez duże miasto był lekko traumatyczny i nie obyło się nawet bez zgubienia drogi, co powinno kiepsko wróżyć na sobotę, ale jakoś nie było takich negatywnych myśli wcale.
Na miejscu byliśmy chyba dość wcześnie, bo nawet biuro było dopiero na etapie organizacji, ale czas wykorzystaliśmy rezerwując miejsce, moszcząc noclegi i wypakowując niezbędne rzeczy, które podczas ferii tak się rozpełzły, że jak znieśliśmy wszystkie odpowiednie torby to wyglądało to jak miesięczny obóz wędrowny. Ale hala duża - więc kto by się przejmował.
Nieco później dojechali Renata z Tomaszem i zgodnie zajęliśmy spory kawałek sali - właściwie czemu na takie okazje nie rozwiesza się klubowego logo :) W końcu reprezentacja robi się coraz większa!
W każdym razie co impreza dla mnie i Agnieszki robi się coraz bardziej swojsko, powoli zaczynamy poznawać ludzi wokół, a inny zaczynają poznawać nas. Strasznie to fajne uczucie :) Więc i wieczór minął szybko i nawet stukające ogrzewanie nie psuło nastroju. Jak dobrze zauważyła na swoim blogu Renata (http://kinio1001.blogspot.com/2018/01/cztery-zywioy-i-piaty-malutki.html) przynajmniej nie było słychać mojego chrapania, którego się pozbyć jakoś nie udaje się na razie.
Rano nawet można było się wyspać (tak naprawdę nawet mnie to tak nie cieszyło - późniejszy start znaczy więcej trasy do pokonania po zmroku!)

Z letniej edycji pamiętaliśmy, że odprawa poranna bardziej zaadresowana będzie do wszystkich tras poza TP50, gdzie chyba więcej reguluje regulamin PMNO i mniej można improwizować, ale mimo to wysłuchaliśmy informacji i udaliśmy się przed szkołę, gdzie zaplanowany był start masowy wszystkich tras. Na kilka minut przed godziną "0" dostaliśmy mapy i trzeba było podjąć decyzję co do ogólnego kierunku. Ja mam już prostą metodę na ten problem - na koniec zostaje podejście do bazy przez najbardziej otwarty teren :) - najdłużej jasno i zazwyczaj najłatwiejsza nawigacja. Raz, na Kaczawskiej Wyrypie na koniec zostawiliśmy sobie las - bo przecież tam drogi się nie zmieniają - i okazało się, że nie wszędzie jest to prawda :) Oj kosztowało nas to czasu a czasu, pewnie z godzinkę.
Ale ja nie o tym przecież.
Jeszcze przed startem zdążyliśmy się swoim pomysłem podzielić z Barbarą, a już trzeba było lecieć. No ale przecież nie dla nas pokazówki sprinterskie na starcie więc ruszyliśmy statecznym marszem - na podbieganie będzie czas na końcu albo wcale (letni R4Ż finiszowaliśmy biegiem ;) )
Zaraz po wyjściu z bazy skręcamy na PK3 (planowana końcówka miała wyglądać 5 -> 4 -> 2 -> meta). Wchodzimy na stadion i... deja vu! Przechodziliśmy tędy latem! Nawet od razu wiem, że pierwsza ścieżka w bok to zmyłka - prowadzi do ławeczek nad wodą zamiast na mostek, a do tego rosną tam agresywne drzewa. Latem jedno dało mi po głowie...
Na mostku puszczamy przodem szybszych od nas i kierujemy się na Cieślin nie dając się zmylić ścieżkom, które lekko odbiegają od tego, co na mapie i wyprowadziły nas nieco z trasy poprzednio. Widać, że nie jesteśmy pierwsi - mieszkańcy patrzą nadal na nas podejrzliwie, ale pytań nie ma - pewnie padły wcześniej. Kiedy już zbliżamy się do linii energetycznej, trafiamy na spoiler - ślady 4x4 - czyżby wspomniany na odprawie Misiek? Chyba tak, bo idąc po oponach trafiamy bezpośrednio w okolice słupa z lampionem.
W międzyczasie dzwoni telefon - Barbara! Pada pytanie, czy mamy coś przeciwko towarzystwu - oczywiście że nie! Umawiamy się więc między 3 a 11 i za kilkanaście minut na mostku nasz zespół staje się trzyosobowy.
Nie przejmując się, że to jawne uchybienie w niektórych oczach idei indywidualnej rywalizacji w PMNO dalszą część trasy pokonujemy wspólnie :)
Od razu zresztą widać niesprawiedliwą przewagę - już na początku panie wyjaśniają mi głupotę mojej koncepcji 11 - 10 - 13 - przecież tam po drodze jest rzeka i to wcale niewąska. Żeby więc nie iść po PK10 we te i z powrotem zostawiamy go sobie na koniec - jednak więc będzie jeden leśny PK po zmroku zapewne. Płot do PK11 dłuży nam się i dłuży, ale lampion oczywiście jest gdzie trzeba.
Za to potem na LOPkę długa prosta wzdłuż szosy. Samo przejście przez rezerwat bardzo przyjemne i widokowe, fajnie, że lampiony postawione blisko końców, nie faworyzowały żadnego z kierunków przejścia.
Przy wejściu w stronę PK19 ciasno. Widać chyba z 10 rowerów - spieszeni rowerzyści najwyraźniej mają etap biegowy. Do tego trochę natywnych pieszych - więc w lesie gwarno i rojno - nawet jacyś myśli z flintą się przypałętali. Hmm, czyżby traktowali nasze szukanie lampionów jako nagonkę?
Sam punkt wymagał trochę pokombinowania, przeszliśmy za daleko i trzeba było skałki obchodzić. Za to umiejscowienie lampionu - miodzio, malownicze jak ta lala.
Przy tym punkcie chyba trzeba było podjąć największą decyzję - co dalej.
Zdecydowaliśmy się na wariant, który na pierwszy rzut oka może nie wydawał się idealny, ale w praktyce chyba był jedną z lepszych możliwości - czyli wycieczka po PK13, potem powrót na PK 18 i dalej zygzakiem: 17 - 16 - 15 - 14 - 9 - 8 - 7 - 6 - 1 - 5 - 10 - 4 - 2 - baza.
Trochę problematyczne były pasujące nam odcinki wzdłuż DW - zakazanej, ale jako że i tak asfaltu nie lubimy wszędzie udawało znaleźć równoległe ścieżki czy też drogi nawet. PK 13 uparcie próbowaliśmy znaleźć w środku pustostanu i dopiero Agnieszka wpadła na to, by budyneczek obejść. W drodze na 18 z kolei żartowaliśmy, że może na etap biegówkowy nie było warunków, ale czemu Organizatorzy przepuścili takiemu udanemu lodowisku to nie rozumiemy. Na szczęście lód był tylko na drodze, bo podejście - pierwsze z kilku od razu lekko dało mi w kość. Może ktoś zna dobre ćwiczenia na elastyczność stopy? Nie wiem, ale stawianie kroków na podejściu bardzo szybko męczy mi kostki.
Barbara oczywiście na szczycie była pierwsza, ale chyba długo nie musiała czekać. Właściwie to już tu zacząłem rozumieć, czemu nam trasy zajmują tyle więcej czasu - utrzymywanie tempa wcale nie jest takie proste - liczymy, że przyjdzie z praktyką. Kolejne punkty aż się prosiło, by zdobywać jak w Seksmisji - idąc na wschód, choć może nie za cywilizacją konkretnie.
Między zabudowaniami a jarem, na którego końcu był PK 17 widać już było wydeptaną ścieżkę - przez wysokie miedze i jary. Najbardziej zaskakujące były tam ślady opon rowerowych, bo część uskoków nawet dla nas pieszych wymagała uwagi. Co dopiero na dwóch kółkach.
Wspólna nawigacja - oraz pewnie wydeptane inockie tropy - sprawiły, że na PK weszliśmy jak po sznurku. Kolejny bardzo malowniczy PK warto dodać, choć żal, nawet uroczy jar na odludziu potrafił służyć niektórym jako śmietnik :(
Dalsza trasa - trzymać azymut! Tylko... jak wyjść z jaru?
Ja zacząłem wdrapywać się po zwalonym drzewie. Widząc moje akrobacje, obie panie zdecydowały się wybrać inną drogę. Chyba słusznie, bo na górę weszliśmy niemal równo. Na górze znów płasko, pola i wysokie miedze, ale jakby latwiejszy teren. Chyba dla uśpienia równowagi, bo podejście po samą Łysicę okazało się najbardziej stromym z całej trasy. Tu odkryłem, że podbiegając mniej obciążam kostki, szkoda tylko, że kondycji nie starczyło na całą wysokość :) Tak więc ja biegnąć a panie idąc dotarliśmy na górę w prawie tym samym czasie, a potem zostałem zmęczony z tyłu :)
Plan dojścia do PK 15 był taki, że górą drogą pójdziemy do Cieplic i dalej - znów drogą na punkt. Ale... na szczycie droga okazała się bardzo zanikająca, więc po przebijaniu się przez jakiś czas przez ugory, zeszliśmy na dół jednak i ścięliśmy przejście na azymut.
W międzyczasie dostaliśmy pierwszy cynk, że PK 15 zaginął. Pierwszy - ale nie ostatni, bo koniec końców co najmniej trzy grupy niezależnie informowały nas o tym fakcie. Wierzyć uwierzyliśmy, ale profilaktycznie i tak wleźliśmy w las i próbowaliśmy zameldować się organizatorom z punktu telefonicznie. Nieskutecznie - ale liczą się intencje :)
PK 14 okazał się pierwszą i ostatnią znaczącą nawigacyjną pomyłką. W sumie chyba nie tylko my mieliśmy tam problemy, rowów przypominających okresową rzekę (widzianą już przy miejscu PK 15) było co najmniej dwa, jeśli nie trzy. W las więc weszliśmy zdecydowanie za wcześnie, a punktu nie było tam, gdzie się go spodziewaliśmy, za to znaleźliśmy wydeptaną InOstradę. Tu pojawiła się dyskusja czy idziemy nią w prawo czy w lewo - bo żal nie skorzystać. Ja głosowałem lewo, Barbara prawo, Agnieszka miała wątpliwości, więc koniec końców każdy poszedł nieco w inną stronę. Wygrało (jak można było się spodziewać) doświadczenie Barbary i ona najszybciej trafiła na lampion. Kolejne przejście do PK 9 nawigacyjnie banalne - DW i tory wytyczały nam drogę. Co więcej wzdłuż torów była świeżo wykoszona w sosnach droga techniczna - gałązki iglaste mościły ziemię a powietrze pachniało żywicą - prawdziwy odcinek aromaterapii!
Ponieważ droga prosta na PK 8 zaczynała się podejrzanie między domami, cofnęliśmy się do stacji PKP i poszliśmy po skosie. Oczywiście nie mogło być za prosto i układ dróg nie zgadzał się jakoś specjalnie z mapą, ale trochę drogami, trochę po skosie doszliśmy do właściwej drogi. Chyba zaskakująco dobrej, bo od razu Barbarę próbowało rozjechać dwóch "naszych" rowerzystów - na szczęście nieskutecznie.
PK 8 minęliśmy w locie, sprawnie odnajdując dalej i PK7
Tu zarządziłem krótki postój serwisowy - na trasę poszliśmy tym razem biorąc pod uwagę mokry śnieg w skarpetach wodoodpornych. Może i wody nie wpuszczają, ale nawet w tych okolicach zera w lekkich butach nogi się mocno pociły i uznałem, że robi się niebezpiecznie - zmieniłem więc je na zwykłe.
Przyznam się, że po 10 minutach zacząłem żałować - bo zrobiło się w butach zaraz mokro i zimno a nie tylko mokro, no ale na zmianę z powrotem trochę już było za późno.
Z PK 7 decydowaliśmy się ciąć do PK 1. Swoją drogą z całej gamy punktów, ten jeden naprawdę można było zamienić na inny - jaki by wariant nie wybierać, to tam trzeba było zasuwać w te i we wte i to po asfaltach.
Ale z drugiej strony sam punkt wcale nie banalny a i kanały wokół sprawiały, że nietrudno było gdzieś się skąpać - o ironio udało to się obu mającym względnie suche nogi Paniom. A mi - i tak z mokrymi nogami po kostki udało się niebezpieczeństwa ominąć. Kolejne 2 PK (5 i 6) były elektryfikujące, a raczej zelektryfikowane - linia wyższego napięcia robiła nam za niemal idealny namiar. Co prawda akurat zwłaszcza PK6 nie wymagał tego za bardzo - betonowy krzyż na szczycie był widoczny z daleka.
Schodząc w stronę Kamionków nawigowaliśmy dalej wzdłuż linii energetycznej, powoli czując nachodzący zmierzch. PK 5 można było atakować od wchodu drogą,ale mi skróciliśmy sobie nieco drogą idą prosto od stacji kolejowej. W sumie punkt nie mógł być trudny - ciężko przegapić betonowe silosy. Trafienie na nie okazało się wcale nie aż tak banalne, ale trudne też nie (znów piękne lodowisko wokół lampionu!) Przy punkcie wyciągnęliśmy też już lampki, choć nie każdy włączył je od razu. Do PK 10 poszliśmy mniej więcej trzymając się dróg i omijają Lisieniec od dołu. Co prawda droga na zachód była symboliczna, ale i tak doprowadziła nas prawie idealnie na stojące na skrzyżowaniu dróg i zaznaczone na mapie kapliczki. Ponieważ akurat tu w lesie drogi właściwie się zgadzały, to i przejście do PK 10 nie sprawiło nam specjalnych problemów.
Ostatnie dwa PK to już była właściwie formalność- odnalezienie słupa wysokiego napięcia na polu mając do dyspozycji bardzo mocną latarkę to nawet nie zajęcie z orientacji, z kolei do PK 2 wydeptanym śladem można by poprowadzić samochód.

Co prawda tym razem na metę doszliśmy bez dobiegania, ale usprawiedliwić to można bardzo wysokim tempem w drodze! Zasadniczo wariant z uwzględnieniem cięcia na azymuty zamknął nam się w niecałych 48km, a dzięki nadającej tempo Barbarze i na pewno również Jej wyczuciu nawigacyjnemu trasę ukończyliśmy w naszym życiowym czasie - mniej niż 10 godzin!

Na mecie oczywiście zostaliśmy uraczeni gorącym posiłkiem, po czym Renata z Tomkiem już zebrani przechwycili Barbarę wybierając się od razu w drogę powrotną (my planowaliśmy jeszcze wykorzystanie niedzieli jako ostatniego dnia urlopu! Z kolei, zanim do końca już się wybrali, Organizatorzy rozpoczęli akcję poszukiwawczą - dekoracja kategorii TP50-K! Zabrakło wprawdzie zwyciężczyni, która nie czekała, aż ukończymy swoją życiówkę, ale efektem ubocznym było zdominowanie podium przez Klub InO Stowarzysze...

Potem pozostało już tylko paść na materac i na zmianę obserwować kolejne powracające zespoły oraz wykonujące zadanie linowe ekipy tras AR. Szczerze mówiąc linowa pajęczyna strasznie kusiła, ale zabrakło odwagi, szkoda, że nie wiedziałem, że nie byłbym pierwszy nie-AR-owym uczestnikiem rajdu, który się próbował. Renacie pewnie bym nie dorównał, ale ... może następnym razem.
Chyba zresztą prędzej bym zdecydował sie wleźć na te liny, niż zrobił to - co uczestnicy najdłuższych tras - którzy w noc i coraz mocniej padający śnieg wyruszali na ostatni etap!
Jestem pełen podziwu dla nich!
To naprawdę wymaga kondycji i zaparcia!
A my cóż... trzeba było odespać wysiłek, no i w niedzielę w planach Ojcowski Park Narodowy i TRInO :) w drodze powrotnej do Warszawy.

sobota, 27 stycznia 2018

FERIE! (R4Ż - Prolog)

Wypadło w tym roku jakoś tak, że ferie mazowieckie zaczynały się, zanim człowiek na dobre wypoczął po świętach.
Jak wyglądał tydzień wiodący do zaplanowanego na pierwszy tydzień tychże ferii wyjazdu już pisaliśmy. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało nam się zorganizować tak, aby wyjazd przesunął się tylko z piątkowego popołudnia na sobotnie przedpołudnie ale się udało.
Droga dłużyła się nieco, ale i tak sobotni wieczór spędzaliśmy już u Pawła nie całkiem świętego w Smereku!
Wyjazd zaplanowany był aktywnie - spakowane narty, buty górskie, biegowe - cały tydzień ruchu podsumowany startem na Rajdzie Czterech Żywiołów. Co prawda narty nie dopisały, ale nie dało się tego powiedzieć o pogodzie. Już w niedzielę zebraliśmy się z rana (feryjnego rana!) i z "bazy" w Kalnicy urządziliśmy sobie spacer - Kalnica - Strzębowiska - Jasło - Okrąglik - Smerek (obiad) - Kalnica. Jakoś 26 pkt GOT wyszło.

Co prawda bilans kalorii raczej niezbyt ujemny, taki już urok obiadów w Zajeździe Niedźwiadek w Smereku (wpis zawiera lokowanie produktu - placka po bieszczadzku!).
Z tego dnia najbardziej pamiętam grupkę turystów wchodzących na szczy Jasła z dwoma psami. Na górze psy pobiegły za nami, gdy oni chcieli wrócić. Jeden z psów pobiegł na wołanie, drugi nie, więc zatrzymaliśmy się czekając, aż go zabiorą. Ale nikt się nie pojawiał! Kiedy cofnęliśmy się kawałek, okazało się, że najwyraźniej drugi pies nie był ich, ale mimo to wprowadzili go w góry, po turystach nie było śladu! Na szczęście zagubionego psa zabrali zjeżdżający do Strzębowisk ludzie na nartach skitour'owych, ale w nas się trochę zagotowało! Kto to widział ciągnąć w góry cudzego psa a potem go tam zostawiać!!!

Cóż, mimo to spacer nam się spodobał na tyle, że w poniedziałek rano znaleźliśmy sobie kolejne miejsce na wycieczkę - podjechaliśmy do Jabłonek na drodze między Cisną i Leskiem. Stamtąd zaplanowaliśmy sobie pętelkę - zielony szlak na Berdo, potem niebieski na Łopiennik i z powrotem czarnym do Jabłonek. Pierwszy szczyt, jak się okazało nazwany od pseudonimu gen. Karola Świerczewskiego Walterem nieźle tam nam w kość. Podejście jest miejscami naprawdę ambitne! Wg mapy podejście ponad 200m trzeba wykonać na niewiele ponad 500m w linii prostej! Może widywaliśmy w życiu ostrzejsze podejścia, ale to jakoś dobrze zapadło nam w pamięć. Potem, w stronę Berda szło się już lżej, za to pomiędzy latem a zimą:
Droga między Walterem a Berdem
 Przejście w stronę Łopiennika w porównaniu z tym to spacer po parku... a raczej safari, bo w śniegu widać poza naszymi widać było dwa obute tropy, a cała reszta wyglądała eee boso.
Tropy w śniegu
Pierwszy raz widzieliśmy niedźwiedzie ślady - i to maksymalnie wczorajsze! Na szczęście ich autor(ka) się nam nie pokazał(a), bo przygody z dzikami przeszłyby zdecydowanie na dalszy plan!
Czarny szlak - miłego szukania :)
W porównaniu z tym powrót czarnym szlakiem był już względnie spokojny... jeśli by nie brać pod uwagę, że szlaku właściwie nie było... Dokładniej to przy pomocy nawigacji GPS udało się odnaleźć pierwszy znak szlakowy, kolejne też były widoczne ale... nie było ani jednego śladu ludzkiego! Bieszczady zimą są puste... i pyk, kolejne 26 punktów GOT...
Na wtorek zapowiadano przeciętną pogodę, więc zaplanowaliśmy sobie spokojny spacerek w stronę schroniska Jawornik. Droga była całkiem przyjemna, pogoda taka straszna też nie, więc ulegliśmy pokusie i skręciliśmy w górę - po raz trzeci próbując podejść pod Smerek. Raz zawróciła nas ulewa, raz straszne oblodzenie - może do trzech razy sztuka?
Póki szliśmy między drzewami było bardzo fajnie. Niewielkie przejaśnienia dawały jednak ostrzeżenia, że wiatr wcale nie jest delikatny, jednak nie zwróciliśmy na nie uwagi, poza tym - to przecież niewysokie góry, a rok temu Tarnicę zdobywaliśmy w śnieżycy.
Muszę przyznać, że zwłaszcza moja wiara w nasze możliwości była wielka - przecież jakby co mamy telefony z GPS, nie musimy widzieć szlaku na drzewach. Ale Smerek nauczył mnie pokory - wiatr jak tylko wyszliśmy zza drzew okazał się mieć siłę, która ledwo pozwalała utrzymać się na nogach - i to mimo kijków trekkingowych! Do tego szlaku oznaczenia skończyły się na granicy lasu... pewnie dalej były umieszczane na kamieniach - dobry dowcip zimą :/
Ale przecież jest GPS! - wyciągam więc swój akurat na czas, by zauważyć komunikat - koniec baterii! A normalnie 2 dni pracować potrafi...
Włączamy telefon Gusi - 90% dobrze jest! Otwieram mapę, dociągają się dane, gps jednak nie chce się złapać! Trzy minuty później - bateria 80%... Ja wiedziałem, że zimno zabija baterie, ale nigdy nie widziałem tego w praktyce! Decyzja mogła więc być jedna - po raz trzeci zawracamy z pod szczytu!
Oj, dobra to była decyzja... Zwłaszcza, że wcale nie łatwo było znaleźć powrotny szlak, przydała się nadłamana tablica ostrzegawcza niedaleko wejścia w las!
Zejście było już znów spokojne, ale emocje niosły nas praktycznie całą powrotną drogę.
Ciekawostka - lekko rozgrzany telefon mój włączył się z 30% baterii... W górach noście telefony pod ubraniem...

Po tych emocjach na kolejny, już środowy dzień zaplanowane został na lekko - dojechać do Duszatynia - przespacerować się przy jeziorkach i na Chryszczatą i z powrotem (tak naprawdę niewiele jest w Bieszczadach jednodniowych pętli - na sporej ich części już byliśmy zresztą)
Jedna nawigacja wytyczyła nam dojazd od południa, druga od północy. Droga pierwsza dużo krótsza, polecana przez google... ale już w Mikowie oznakowana zakazem wjazdu... No przecież dojazd jakiś musi być, więc mimo to wjechałem w drogę, przejechałem do zakrętu i... wdusiłem hamulec!
Przede mną rozścielił się piękny przejazd w bród przez dość wzburzoną Osławę!
Nie dla nas takie przygody... Ostrożnie więc wycofałem się i przez Komańczę pojechaliśmy dookoła - od Rzepedzi.
Tym razem nie trzeba było jechać daleko od drogi 892 - zaraz za zakrętem przywitał nas zakaz wjazdu, a na mapie wyraźnie było widać, że droga przecina rzekę....
Nawet więc już nie próbowaliśmy jechać dalej - wróciliśmy do Komańczy i postanowiliśmy wejść kawałek czerwonym szlakiem i po prostu się przespacerować. Ale zaraz trafiliśmy na ścieżkę historyczno-dydaktyczną wokół Komańczy - wyliczoną jak było widać ze znaków na nieco ponad 3 godziny, więc zdecydowaliśmy się nią przejść.
Był to strzał w dziesiątkę. Spacer był bardzo fajny, widoki piękne, odwiedzone ciekawe miejsca, napotkany na pewno lis, którego spacer przez pola zakłóciliśmy i ptak wyglądający na sowę lub puszczyka, który bezgłośnie przeleciał obok nas, ale nie dał zbyt wiele szansy na dokładną weryfikację. Dzień więc minął sympatycznie - a sama ścieżka wydaje się wspaniałym kandydatem na podstawę TRInO!
I tak dzień bo dniu szybciutko minął nam prawie cały pobyt w Bieszczadach. W piątek już w planach był przelot do Bydlina, z przechwytem Barbary w Krakowie. Czwartek więc chcieliśmy wykorzystać w pełni. Pogoda rano zapowiadała się piękna, więc decyzja mogła być jedna - Smerek podejście czwarte!
Tym razem po raz pierwszy zaatakowaliśmy górę czerwonym szlakiem, nie czarnym. Może tu była różnica, bo byliśmy niepowstrzymani. Ubrani w stroje bardziej biegowe niż górskie wymijaliśmy wystrojonych w kolce i raki innych turystów i sam nie wiem, kiedy znaleźliśmy się pod szczytem.
Sukces za czwartym podejściem - Smerek jest nasz!
Na górze, gdzie mimo pięknej pogody i tak wiało nieźle doceniłem, jak dobrą decyzją było wycofanie się z poprzedniej próby! Przed nami był jeszcze wielki kawał nieoznakowanego podejścia, które mogło doprowadzić nas gdziekolwiek.



Krzewy na szczytach mają piękne białe liście...

A tak na szczycie zrobiliśmy spokojną przerwę na podziwianie widoków, z żalem policzyliśmy, że na Osadzki Wierch za daleko, by zdążyć przez zmrokiem i skierowaliśmy się na dół, do Wetliny żółtym szlakiem.
Widok ze szczytu Jawornika
Ale to przejście jakoś wydawało się mało satysfakcjonujące - przy szosie byliśmy już przed 14. Trochę matematyki wykazało, że jeśli nie będziemy się obijać, to spokojnie zdążymy jeszcze żółtym wdrapać się na Jawornik i zejść zielonym z powrotem do Wetliny, co najwyżej do Kalnicy będziemy szli w świetle czołówek (nie ruszamy się teraz bez nich w góry :) )
Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy i tak to kolejny raz wyskoczyliśmy z zimowymi spacerkami powyżej 30 GOT dziennie... Ładna mi rekreacja :)

Koniec końców narty i wielkie torby narciarskich strojów odbyły więc wycieczkę w Bieszczady całkiem na bezdurno, ale nie żałujemy, bo góry były piękne, nawet nie wszędzie będąc białe.

A potem nadszedł piątek, czyli pierwszy etap powrotu, przez Rymanów Zdrój i spacery po tamtejszych ścieżkach fitnessowych wokół miejscowości i dotarcie na koniec dnia do Bydlina.
Ale to już osobna historia...


środa, 24 stycznia 2018

Oswajanie gwiazdozbioru

Nie wiem nadal jak to się stało, że na ochotnika podjęliśmy się organizacji pierwszego w sezonie Oswoja. Kto to widział dodawać sobie pracy i to na początek roku?
No ale słowo się rzekło, więc wypada go dotrzymać. Grunt wybrać miejsce niedaleko, co było o tyle trudne, że opanowany dobrze Lasek Bródnowski chwilkę temu już był zwiedzany w ramach cyklu. Na szczęście Bródno ma więcej niż jeden obiecujący obszar i nie - nie zdecydowaliśmy się stawiać lampionów na Cmentarzu (co właściwie jest inspirujące, choć może niezbyt taktowne). Jest na szczęście jeszcze Park - i to mający (wprawdze nienową ale zawsze) mapę BnO.
Koncepcja tym razem przyszła sama (tzn wymyśliła ją Agnieszka)
W końcu mamy Smoka na niebie!
I to jakiego - aż proszącego się o zostanie schematem trasy :) Gwiezdnej oczywiście.
Wyciągając wnioski z poprzedniego podejścia, tym razem więcej uwagi przykładaliśmy do czytelności i ogólnej spasowywalności wycinków, aby nie przestrzelić znów z wymaganiami na ostrość wzroku Uczestników. I z iloścą wycinków, bo jak się człowiek wczyta, to taki gwiazdozbiór ma kilkadziesiąt gwiazd! Na szczęście udało się ograniczyć ilość do 14... Trochę tego więcej niż owiec poprzednim razem, więc od razu połowa trafiła na swoje miejsca, schemat z kolei podpowiadał położenie pozostałych, co łącznie z dość dużymi zakładkami dawało nadzieję, że będzie mniej zarzutów z powodu za małej czytelności łączenia.
W odróżnieniu od tradycji robienia wszystkiego na ostatnią chwilę, tym razem mapa była prawie gotowa w weekend przed zawodami. Razem z innowacyjną metodą punktacji. Później pojawił się tylko pomysł dodania zadania, aby wymaganą ilość PP podbić z 42 (po 1 PK z wycinka) na klubowe 44. Bezstresowo więc w wieczór przed udaliśmy się pobiegać na Warszawie Nocą, przekonani, że po powrocie tylko ostatnie poprawki i druk - i jesteśmy gotowi.
No i wtedy się zaczęło.
Najpierw po biegu szybkie sprawdzenie, że pendrive z mapą został w pracy! A po 20 trudno czasem się dostać bo budynki są zamykane. Na moje szczęście koledzy zostali po godzinach i udało się nośnik odzyskać.
Potem, po dotarciu do domu próba otwarcia pliku zaowocowała komunikatem "Plik uszkodzony".
Bardzo wygodny format Paint.net okazał się zgubny, bo najdrobniejsza skaza struktury xml jest właściwie nie do odzyskania, a szybkie wyciąganie pendrive spowodowało jakiś bład zapisu :/
Zamiast więc spokojnie sprawdzać tylko ostatnie detale, środowy wieczór i noc oznaczał odtwarzanie na tempo mapy z wersji roboczych i wydruków. To się nie mogło udać....
Ale się udało! Już przed 1 w nocy odtworzona mapa poszła do druku a my spać.
Następnego dnia już wszystko zgodnie z harmonogramem - wcześniejsze urwanie się z pracy, rozwieszanie lampionów z wzorcówką w jednej a GPS w drugiej ręce, opanowanie startu i pierwsi uczestnicy. Przy okazji pierwsze zauważone nieścisłości na mapie - nie dopisałem punktacji za zadanie! na ścianę za sekretariatem trafiła więc kartka z informacją, dodatkowo z zawiadomieniem o przesunięciu punktu. Zaciszny w weekend kącik budynku w tygodniu zmienił się w ruchliwe wejście do żłobka, gdzie raczej nie ucieszyłoby nikogo oglądanie kręcących się InOków.
Jeden z zespołów stosunkowo szybko zauważył też brak oznaczenia startu na mapie... Dopisywanie tego po kolei każdemu zespołowi plus szybkie wyjaśnienia sprawiały, że cały czas miałem co robić, całe szczęście, że resztę formalności ogarniała Agnieszka!
Do tego jak wyjaśniałem zasady punktacji usłyszałem - "czyli punktacja jak poprzednio?" - i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że na wcześniejszym Smoku rozwiązaliśmy przyznawanie PP tak samo! A byłem pewien, że wymyśliłem nowe innowacyjne rozwiązanie :P I to 2 razy jak widać niezależnie!

Ale w końcu się uspokoiło....
Na samym końcu pojawiła się autorka zwycięzkiego logo tegorocznej edycji zawodów i... okazało się, że dotało tyle osób poza listą, że kończą mi się mapy i dla dwuosobowego zespołu została jedna. Lepsze to niż nic, ale wtopa spora, choc zapas i tak był większy niż na poprzednim naszym Smoku.

Potem zaszyliśmy się w samochodzie i czekaliśmy na powroty.
Gdzieś w okolicach 70 minuty zacząłem się stresować - na początku samym wyruszyło trochę mocnych osób i spodziewałem się, że mapa nie będzie dla nich wyzwaniem i wrócą wcześniutko - a tu już niedługo limit... Odetchnąłem, kiedy jednak niewiele później Uczestnicy zaczęli się pojawiać! Może nie wyglądało na to, ale limit dobrany był regulaminowo ... choć do wariantu optymalnego dystansem :) Zresztą potwierdza to chyba fakt, że większość zespołów się wyrobiła w czasie.
Oczywiście jak to na mecie często bywa, pojawiały się wątpliwości i zarzuty - że punkt stał nie do końca tam, gdzie trzeba, że opis przekształceń niewystarczający (znaczy nieszczęsny negatyw...), że NNW z NNE pomyliłem, ale całościowo jakoś mniej tego było niż poprzednio, więc chyba widać postęp.
Fala powrotów stopniowo zamierała. Na mecie pozostaliśmy prawie sami, no i łatający nieszczęśliwie przebitą dętkę Mariusz. Na szczęście udało się połatać i wtedy już zostaliśmy całkiem sami, czekając na ostatni na trasie zespół z jedną mapą. Zespół jak się okazało postanowił wykorzystać w pełni czas i wrócił pod sam koniec limitu spóźnień, kiedy już wahaliśmy się nad wzywaniem kawalerii i organizacją poszukiwań. Okazało się, że na trasie zauważyli moją pomyłkę NNW i NNE i próbowali dopytać się telefonicznie, znajdując kolejną - we własnym numerze telefonu!

Zadowoleni, że wszyscy dotarli przez chwilę rozważaliśmy zebranie lampionów od ręki, ale z powodu bardzo późnej godziny, zdecydowaliśmy się wracać do domu - w końcu trzeba też zacząć się pakować na zaplanowany na piatek wyjazd w góry!

A z nieco innej beczki, ponieważ informacja na mapie i na naklejce wyszła nieczytelnie to tutaj dodam, że grafika naklejkowa została wykorzystana za uprzejmą zgodą autorki, https://darkmanethewerewolf.deviantart.com/ za co jestem wdzięczny bardzo.

Tor łyżwiarski a konny...

Jakoś w sezonie zimowym mimo wszystko kalendarz BnO się nieco przejaśnia.
Nie znaczy to oczywiście, że jest nudno, ale rzadsze imprezy sprawiają chyba, że podnoszą się oczekiwania.
Nie mogło więc zabraknąć nas na trzecim etapie Warszawy nocą. Zwłaszcza, że podobają mi się zazwyczaj imprezy ze startem masowym, ten chaos startu a potem zamieszanie biegających ludzi - każdy w inną stronę :)
Co prawda jeśli chodzi o nawigację, to na samym starcie się nie popisałem, gdyż po wyjechaniu z domu radośnie skierowałem się w stronę... Mokotowa. No bo przecież stegny to tor stegny, a tor na "s" to przy Puławskiej. Całe szczęście Agnieszka w porę wyjaśniła mi różnicę między Stegnami a Służewiem i jazdą konną a na łyżwach i na start dotarliśmy bez znaczącego opóźnienia.
Miejsce startu bardzo mi się podobało - dzięki przyszkolnemu parkingowi nie było problemu z postojem, start przy szkole oznaczał fajne miejsce do rozgrzewki.
Najpierw startowała Agnieszka, ja (z całym wielkim towarzystwem zgromadzonym przy literach KLM - hmm, to znaczy wysokich lotów?) 10 minut później.
Kiedy został ogłoszony start - podstawowy problem - gdzie na mapie jesteśmy udało się rozwiązać wyjątkowo szybko - i nawet się tą informacją podzielić. Potem niestety przyjrzałem się trasie.
Niestety, bo z żalem muszę powiedzieć, że ta z każdym punktem robiła się smętniejsza. Nie, żebym wybrzydzał, ale start masowy i rozbicie dopiero po ponad połowie dystansu? Jakie to frustrujące! Chyba tak musi wyglądać start na biegach ulicznych w peletonie, pojęcie orientacji sprowadzało się do obserwacji osoby biegnącej przede mną. Co prawda ta osoba się zmieniała, bo wiadomo, że nie biegam bardzo szybko, więc do frustracji dodawało się bycie co i rusz wyprzedzanym.

Zaletą z kolei było to, że na bieżąco mogłem porównywać się z Tomkiem, bo mijaliśmy się kilkukrotnie na trasie. Na nocnych trasach taka rywalizacja ma sens, bo kompensuję sobie lepszym wzrokiem Tomka lepszą kondycje i przygotowanie. W związku z tym na początkowym etapie zostałem daleko w tyle, ale przy kluczeniu między PK udało mi się dystans odrobić, choć nie powiem, co dłuższa prosta - zostawałem z tyłu. Zwłaszcza między 12 a 13 było to dla mnie dotkliwie widoczne i motywujące do ćwiczeń. Dodatkowo PK 13 schowana za drzewem względem nabiegu zaplątała mnie na ładne pół minuty rozglądania się.
Podstępnie umieszczone ostatnie punkty też troszkę mnie wybiły z rytmu. Może przesadzam, że podstępnie, ale przebiegi między ogrodzeniami po nocy zawsze są nieco zakręcone.
A już sam przebieg na metę naprawdę wymagał zastanowienia, gdzie właściwie są otwarte przejścia a gdzie nie.
Tradycyjnie już ten ostatni odcinek biegłem ile dałem rady - ale to nie wystarczyło - Tomek podbił metę przede mną :( A tak się starałem.
I nawet to, że okazało się w wynikach, że Tomkowi podwinęła się noga a raczej chip na PK5 nie zmienia faktu, że trzeba ćwiczyć!

A ja mam cichą nadzieję, że kolejne starty masowe jednak nie będą miały tak późno rozbicia na warianty...

wtorek, 23 stycznia 2018

Trzej Królowie - podwójna perspektywa

6 stycznia był wyjątkowo aktywnym dniem, poprzedzonym zresztą wcześniejszą pracą.
Wieczorową porą imprezę na Bemowie organizował Darek M. Już dużo wcześniej wymyslił, że warto by urozmaicić ją, dodając dla chętnych możliwość wystartowania na trasie biegowej, z wykorzystaniem koncepcji BPKów. Trasy o tyle innej od typowo biegowych, że poprowadzonej na niepełnej ortofotomapie. Zadania jej przygotowania podjęliśmy się chętnie, robiąc oględziny terenu, wybierając punkty i ostatecznie testując trasę w praktyce przed jej wydrukiem.
Rano 6-go było już wszystko gotowe, Darek zdecydował, że samodzielnie porozwiesza PK na trasy marszowe (co powinno może dać nam do myślenia), więc my wybraliśmy się na komplementarną imprezę organizowaną w Mińsku przez harcerzy. Niedaleko, pogoda ładna, dobre wspomnienia z nad Mieni - czemu więc nie! Na miejscu nie zaczęło się najlepiej - nawigacja nie bardzo wiedziała, gdzie nas doprowadzić, ale na szczęście wypatrzyliśmy samochód Darka W. i Barbary na parkingu przy kościele i zacumowaliśmy obok! Jako że przy plebanii było poruszenie udaliśmy się w tamtą stronę, spotykając Sławka O. i zauważając grono umundurowanej młodzieży - harcerze! Grzecznie spytaliśmy więc o drogę organizatorów i zostaliśmy skierowani do piwnicy plebanii.
Trochę dziwne miejsce - miał być hufiec, ale poszliśmy. Zastani na miejscu starsi mundurowi zostali zszokowani pytaniem o imprezę na orientację - oni szykowali się na pochód! Słowo do słowa i okazało się, że to są ci "inni" harcerze - ZHR a my szukamy ZHP!
Wymknęliśmy się więc, po drodze "na pamiątkę" częstując się okolicznościowymi naklejkami pochodu - a co - naklejka to naklejka!
Na szczęście za drugim podejściem trafiliśmy już we właściwe miejsce i można było się zameldować, dostać mapę i wyruszyć na trasę.
Trasę, dodam, jak na kategorię TU całkiem ambitną. Przygotowane wycinki różnych rodzajów map miały na siebie zachodzić charakterystycznymi elementami.... Cóż, na początku myśleliśmy, że tylko nam trudno te charakterystyczne elementy wypatrzeć, ale spotykając na mieście kolejne znajome osoby doszliśmy do wniosku, że to naprawdę nie jest łatwe!
Aż może wstyd się przyznawać, ale sprawę uratowała tylko tablica z planem centrum miasta, umieszczona przy granicy parku, będącemu centrum terenu zawodów. Wycinki dużo łatwiej odnajdywało się na pełnej mapie, niż spasowywało ze sobą. Ten zabieg, choć nie do końca zgodny z zasadami fair play bardzo pozytywnie wpłynął na nasze wrażenia z imprezy. Bardziej doświadczone od nas osoby - też w kategorii TZ zazwyczaj startujące również miały podobne problemy.

Koniec końców nabiegaliśmy się niezwykle, zbierając jednak właściwą ilość PK i dotarliśmy na metę.
Autor trasy - Damian wyraźnie już został poinformowany o trudności niezaplanowanej zapewne, bo od razu wyrażał skruchę z powodu skomplikowania trasy - niesłusznie - bo nie robi błędów tylko ten, co nie robi nic, a trochę za ambitną trasę to nawet błędem trudno nazwać!
Było fajnie!

Po imprezie wróciliśmy spokojnie na obiad i z zapasem czasu udaliśmy się szykować start.
Na miejscu zastaliśmy niebieski samochód Głównego Organizatora, najwyraźniej krążącego już po terenie. Naszykowaliśmy więc stolik, zegar, listy i inne sekretariatowe rzeczy - coś co już idzie Agnieszce błyskawicznie! Byliśmy więc gotowi na start!
Najpierw w trasę poszli głównie marszerzy. Darek zajął się dystrybucją map, starannie przygotowanych w formie sześcianów - tak, aby nie było za prosto. Wszystkim te mapy się podobały, nam również, ale nie spodziewaliśmy się niespodzianki, jaką było wręczenie nam karty startowej oraz map i kopniak z przytulnego startu na trasę! I to TZ! I się wyjaśniło, czemu stawianie PK Darek zarezerwował dla siebie!
Przyznam się, że rekonesanse przed trasą biegową trochę pomogły, ale dużo mniej niż się spodziewałem. Raptem położenie i ilość górek, choć z drugiej strony nie pomogło to aż tak znacząco - nadal ganialiśmy w poprzek parku za pominiętym wycinkiem, no i nawet udało się zgarnąć PS'a i to na pierwszym, najprostszym punkcie!
Ogólnie trasa była świetna, ale nie spodziewaliśmy się niczego innego. Kiedy dotarliśmy na metę, większość zespołów już ukończyła trasę, nawet były już pierwsze powroty z tras biegowych. Z ciekawością wypytywałem o wrażenia, jako że po raz pierwszy położenia PK wpisywałem ręcznie na podstawie map Geoportalu.

Na sam deser pozostało nam zebranie punktów - które już niedługo miały być nam potrzebne na pierwszej w tym roku edycji Oswój Smoka!

Nowy rok - nowe zasady - nowe otwarcie

Wychodzi na to, że nie każdy ma tak lekkie pióro, by płynnie opisywać każdą InOwą przygodę, zwłaszcza, kiedy ich pojawia się tak wiele.
W związku z tym chyba należy na Nowy Rok (ładny Nowy Rok pod koniec Stycznia!) przyjąć postanowienie, że o zawodach należy pisać od razu, albo wcale. A nie odkładać opisywanie zawodów do opisania poprzednich - bo to się tylko nawarstwia!

Rok 2017 pozostawiamy więc za sobą, aktywnie rozpoczynając 2018!