wtorek, 18 września 2018

Grand Prix Polonia

Wyjazd w Sudety miał już dużo silniejsze związki z InO.
Plan był prosty - zaczynamy delikatnie startem w Grand Prix Polonia w BnO. Ja z ambitnym planem nie bycia ostatnim w swojej kategorii wiekowej, Gusia z planem dobrej zabawy na trasie Open. Na miejscu oczywiście nie mogło zabraknąć towarzystwa, choć niestowarzyszonego tym razem.
Teren zapowiadał się dość ciężko - do tej pory tylko zeszłoroczny Wawel Cup to były górki - a przecież nieporównywalne z Sudetami. Najważniejszym więc planem było się dobrze bawić!


 Dzień pierwszy i drugi odbywał się w Jakuszycach, po dwóch stronach drogi do przejścia granicznego. Pierwszego dnia start M35 i większości kategorii wiekowych odbywał się po wschodniej stronie trasy. Już na samym początku można było się przekonać, z czym przyjdzie walczyć na trasie - podmoknięte zbocza obsiane mniejszymi i większymi kamieniami oraz opadłymi gałęziami - prawdziwy bieg przełajowy. A ścieżki widoczne tylko symboliczne. Do PK1 miałem trochę szczęścia, bo lampion schowany za kamieniem wypatrzył zawodnik ze skróconego M21, ale okazało się, że punkt jest mój. PK2 był względnie prosty, potem próbowałem biec trawersem, ale jeszcze się tego nie nauczyłem, więc zniosło mnie w dół mocniej niż przypuszczałem. Już tutaj trafił sie punkt z wodą - mimo, że dopiero co był start skorzystałem, później się zresztą to przydało. Do PK3 dobiegałem z Grzegorzem K, ale wariant dalej chyba na wspólny PK4 wybraliśmy inny - ja górą, on od dołu - ja nie ufając już swojej umiejętności oceny wysokości.
Wariant mój okazał się całkiem prosty nawigacyjnie, za to o przejściu na PK5 wolałbym zapomnieć. Zakręciło mnie jakoś tak, że pobiegłem ze złej strony ogrodzenia (chcąc drogami ominąć górkę i skałki), a kiedy już próbowałem się zorientować, wpadłem w torfowisko jak widać prawie po pas. Zamiast patrzeć na mapę zająłem się fotografią i koniec końców efekt jak widać - prawie pełne kółeczko i to powolne bardzo.
Biegnąć po PK5 na wschód przyciągałem zdziwione spojrzenia, chyba żadna trasa nie miała takiego wariantu w nawet mało optymalnej opcji trasy :) Ale przynajmniej zwolniłem i na spokojnie wziąłem kolejne trzy punkty oraz wybiegłem prosto na drugi punkt odżywczy - tu już z przyjemnością pochłonąłem zawartość dwóch kubeczków wody!
Na PK8 minąłem lampion o włos, ale na szczęście nie kosztowało mnie to zbyt dużo czasu. Potem aż dziwne, że między PK9 a PK10 ominąłem szczyt góry Kocierz, bo tak ładnie moja trasa łapie tam ekstra przewyższenie... Za to nawigacyjnie było łatwiej, a i ciemnozielony kolor był dobrze uzasadniony.
Zbiegając do PK11 omal się nie wywróciłem - na jakimś kamieniu złapał mnie skórcz najpierw w jednej, a potem drugiej łydce, do PK12 bardziej więc szedłem niż biegłem. Przejście pod drogą korytem strumienia było zbawieniem! Mało rozsądnie jednak zamiast od rzeczki, próbowałem złapać PK13 na skróty - nieszczęśliwy pomysł, bo kamieni większych i mniejszych było całkiem sporo i jak widać na śladzie zarzuciło mnie konkretnie - spora strata na sam koniec i zupełnie niepotrzebna. Na szczęście potem już bez komplikacji (poza skórczami wtórnymi) dotarłem na metę, gdzie Aga czekała na mnie dzielnie broniąc przed mrówkami ciasta dla mnie zdobytego!


 Drugiego dnia ściganie działo się w całości po wschodniej stronie szosy. Trasa miała być krótsza - i była, ale za to w ciekawszym jeszcze terenie. Opowiadał o nim nawet przed startem Andrzej K. - który teren znał z poprzednich zawodów (choć akurat ten fragment mapy miał mieć swój chrzest bojowy dopiero teraz).
 Sam start był całkiem sympatyczny i nie zapowiadał późniejszych kłopotów.
PK1 i PK2 poszły bezproblemowo, przy PK3 zapędziłem się nieco za daleko, znów przechodząc przy wiszącym w zagłębieniu tuż nad ziemią lampionie (czy nie ma jakichś zasad każących wieszać lampiony na rozsądnej wysokości nad ziemią?) PK4 wygląda niewinnie, ale umieszczony był w zagajniczku niskich, gęstych iglaków - między którymi przebieżność była niezła, ale widoczność - koszmarna. I tak całkiem szybko udało mi się na niego trafić. PK5 dzięki polance był dobrze widoczny, ale to PK6 dał mi dużo zadowolenia, bo czesało go sporo osób, a ja wyszedłem na niego całkiem sprawnie i w pełni świadomie orientując się po przebieżności.Okolica PK8 była mi znana po  poszukiwaniach PK13 z dnia poprzedniego. A potem się zaczęła rozrywka na wspomnianym nowym terenie.  Zaznaczone "jeziorka" to całkiem porządne bagienka w terenie i przeprawa pomiędzy nimi przypominała zabawę w łosia. Natomiast jakakolwiek nawigacja była dla mnie abstrakcją i kiedy znalazłem się po drugiej stronie. nie miałem pojęcia gdzie jestem. Widać to zresztą po poszukiwaniach PK9, w których zresztą nie byłem sam. PK10 to kolejne przejście tuż obok lampionu bez zauważenia go i czesanie bezsensowne na północny wschód od PK. Na szczęście na 11 było łatwo dojść, natomiast to, co wydarzyło się potem nie wiem jak wyjaśnić. Trzymałem się kompasu ale jak widać szedłem znacznie za daleko na zachód, kończąc nad rzeczką, gdzie stał PK13. Ale nawet znalezienie tego punktu nie pomogło za dużo, bo po podmokłym terenie kręciłem się w kółko sam nie wiem jak długo. Raz wpadłem na dwóch chłopaków, ale ci spytali tylko "czech?" jak odpowiedziałem, "polska", odwrócili się i pobiegli. Poczułem się dyskryminowany, ale udałem się w kierunku, skąd wyszli i był tam punkt.
Znalezienie po raz drugi PK13 było trudniejsze niż za pierwszym razem, ale się udało. Ciąg dalszy już upłynął bez większych przygód, poza koniecznością przezwyciężania wielkiej demotywacji, jaką były gigantyczne straty na ostatnich punktach. Na mecie wynik nie był niespodzianką - ostatnie miejsce z 11 minutami straty do przedostatniej osoby i 65 min. do zwycięzcy. I kwadransem niecałym do końca limitu czasu... Aż się przestawało chcieć startować trzeciego dnia!
Mimo wszystko jednak trzeciego dnia też się wybraliśmy. Najlepsi mieli tego dnia start w formule pościgowej, ale w gronie znajomych dotyczyło to głównie Andrzeja K, będącego drugim w swojej kategorii (z 12s straty do 3 miejsca i 42s do 4). Start był wyjątkowo inspirujący, bo będący podbiegiem o 65 m do PK1. Jako że zapomniałem włączyć rejestracji, robiłem to akurat idąc pod górkę i żartując z młodzika obok, że jeśli poziomnice byłyby co 10m, to do PK1 mielibysmy z głowy ponad połowę planowanego na całą trasę przewyższenia. Ale nie było aż tak dobrze/źle (niewłaściwe skreślić) - przewyższeń pod dostatkiem zostało na dalszą trasę.Zasadniczo dzień ten był nawigacyjnie najlepszy dla mnie. Dyskusyjne może być skracanie sobie drogi z PK4 na PK5 przez szczyt góry, ale jako, że bieganie szło mi tak sobie, pomyślałem, że lepiej nadrobić dystansem niż wyciskać z siebie siódme poty biegnąć dookoła. Sprawdziło się to całkiem nieźle, bo zaoszczędzone siły wykorzystałem pokonując truchtem prawie cały dystans na PK6.
Kolejne punkty na Bobrowych skałach wymagały odrobiny czesania i obchodzenia, ale nie były zbyt trudne. Zakręciłem się tylko schodząc na PK10, być może dlatego, że wpadłem na zawodniczkę z trasy Open, która szukała w tej okolicy swojego punktu... który był między moim PK12 a PK13. Chwile zajęło mi przekonanie jej, że naprawdę jest tak daleko, więc na dobry uczynek zrzucam winę za szukanie drzewa nie tam, gdzie trzeba. Do samych torów czyli PK15 trasa układała się jak trzeba. Na PK13 w sumie co prawda trafiłem dzięki szczęściu, bo źródełko było właściwie suche, ale za to dawało piękną okazję, by lampion umieścić poniżej poziomu gruntu. Porażką największą - ale w sumie niewielką i tak było minięcie PK16 od północy i znalezienie innego lampionu - było tu ich całkiem sporo. PK17 stał mało szczęśliwie, bo w najbardziej zaśmieconym dole, jaki widziałem na trasie. Czy naprawdę trudno było przesunąć go np. na skrzyżowanie obok albo nawet zebrać te śmieci w worek? Troszkę wstyd wobec tylu zawodników.
Na mecie już czekała Agnieszka, opalając się na trawniczku stadionu. Zdecydowaliśmy się zaczekać, choć niestety Andrzej K. stracił podium o niecałe pół minuty, ale za to Małgorzata K. zajęła drugie miejsce odrabiając na 2 i 3 etapie stratę kilku minut do tego miejsca.

Na koniec pożegnaliśmy się z wracającymi już do Warszawy znajomymi i wróciliśmy cieszyć się resztą dnia i czekającą nas drugą połową urlopu!


poniedziałek, 17 września 2018

Rowerowe wakacje 2018



Blog jest InOwy bardziej niż ogólnoturystyczny, ale nie byłby pełny, gdyby nie zamieścić na nim krótkiego sprawozdania z rowerowego urlopu. W tym roku startem był Czarnocin, a w planach podróż wzdłuż wschodniej granicy. Cała trasa przekroczyła nieco 750 km, posiłki jedzone były zarówno w restauracjach jak i przydrożnych barach, najdroższy nocleg stanowił 14-krotność ceny najtańszego, odkryliśmy znów kuchnię wschodnią a po raz pierwszy - schroniska PTSM.

Początek był zaplanowany jako relaksacyjny - przejazd do Solca-Zdroju i tam relaks w znanych nam Basenach Mineralnych. Po drodze, na ryneczku w Wiślicy dosiadł się do nas niemłody, siwowłosy rowerzysta. Trochę pogadaliśmy i przyznał, że właśnie wraca z wycieczki weekendowej z Jaworzna do Sandomierza - nam szczęki opadły, bo to przecież bite 200km. A tutaj w sobotę w jedną, a w niedzielę powrót. Ale kiedy potem zaczął opowiadać, jak to poluje na tanie bilety lotnicze i pakuje rower i jeździ np do RPA czy też na zakaukazie... Efekt trochę się rozmył w morzu innych szoków. Ludzie potrafią być niezwykli - nawet spotykani na rynkach małych masteczek...
Relaks w Solcu udał się idealnie - nie ma jak ciepłe wody siarczkowe na zmęczone mięśnie. I bardzo smaczne posiłki w uzdrowiskowych knajpkach. Dla kompletnej odmiany, dzień po to nocleg pod namiotem nad Zalewem Chańcza i kolacja z piwem i zapiekanką na polu namiotowym.
Kolejnego dnia zawarliśmy bliższą znajomość z Green Velo, któremu pozwoliliśmy się prowadzić aż do Sandomierza. W Sandomierzu udało się nam znaleźć kapitalny nocleg - podlegający pod Informację Turystyczną przy samym rynku, za komentarz jak było fajnie niech robi zdjęcie:
Wieczorem poszliśmy na obiad na Rynek, gdzie złapała nas gigantyczna burza. Mimo, że przeczekaliśmy w knajpce - najpierw pod parasolem, potem we wnętrzu - najgorsze to potem kolejna fala zagoniła nas do Lapidarium - knajpki pod ratuszem, którą polecamy gorąco - znów zdjęciem:)
Za Sandomierzem zgodnie z planem pojechaliśmy na północ - nie zagłębiając się za mocno w Roztocze (ach te górki). Jak zwykle - okazało się, że jest to szlak kulinarny wyjątkowo. Przy moście w Annopolu zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze, zachęceni dużą ilością parkujących TIRów - i się nie rozczarowaliśmy. Szczerze polecamy ten niewyględny bar przejeżdżającym głodomorom!

Najedzeni wyruszyliśmy w stronę Opola Lubelskiego i leżącej kawałek na północ wsi Pomorze, gdzie mieliśmy spędzić noc. Muszę powiedzieć, że miejsce - agroturystyka "u Michasi" nas oczarowało. Wielki teren, z dala od cywilizacji, przepiękny ogród i wszystko pod opieką niemłodego już małżeństwa. W tym roku w ogóle spotkaliśmy całkiem sporo osób, które pokazywały, że życie nie kończy się z przejściem na emeryturę!
Ogród w agroturystyce "u Michasi"
W kolejny dzień droga poprowadziła nas przez Puławy, które znane są nam z wcześniejszych wyjazdów z młodzieżą. I z Herbaciarnię Czartoryską w parku - z pysznymi kawami, herbatami i ciastami, a jako że to był dzień moich urodzin, bez tortu nie mogło się obejść. Za Puławami postanowiliśmy skorzystać z sieci szlaków rowerowych po otulinie Zakładów Azotowych - w związku z remontami torów jednak odcinek ten przypominał nieco RJnO :)
 A i widoki były ciekawe ->

Dotarliśmy jednak mimo trudnych piaszczystych warunków do celu podróży, czyli  campingu Zielona Dolina w Kośminie. Okazało się, za camping urządzony jest nad Wieprzem w parku przy dworku Kossaków! I powiązany jest z inicjatywą lokalnego stowarzyszenia - popularyzacją turystyki kajakowej na Wieprzu.

Jako, że dobry kajak nie jest zły, a akurat dnia kolejnego rano byli ludzie umówieni na spływ, podczepiliśmy się pod transport kajaków i sami spędziliśmy przedpołudnie płynąc 20km mini- spływik z powrotem na camping. Na więcej nie chcieliśmy sobie pozwolić, bo trasa dalsza czekała - choć tym razem krótka - do Kocka. Po drodze mieliśmy trudne chwile, bo już na dojeździe, kiedy dawaliśmy z siebie wszystko na górkach remontowanej DK48 i byliśmy na skraju zsiadania z rowerów i prowadzenia, z naprzeciwka pojawiły się pielgrzymki - wplatające między pieśni pozdrowienia dla "turystów na rowerach" I jak w takich warunkach odpuszczać? Nie wypada!
Ale na miejsce dojechaliśmy wymęczeni równo, po raz drugi na tym wyjeździe powodując panikę - jak to z rowerami do hotelu?? Ale jednak się udało i nawet czas na zwiedzenie parku przy Pałacu Jabłonowskich (aktualnie DPS) i pizzę w minipizzerii znaleźliśmy.

 Z Kocka dalsza droga poprowadziła nas do Łosic. Z drogi zapadła mi w pamięć najbardziej miejscowość o nazwie "Krzesk Królowa-Niwa" - bardzo jestem ciekaw jej pochodzenia! A poza tym droga mijała bez większych emocji, za to na miejscu czekało nas pierwsze spotkanie z instytucją schroniska PTSM. To w Łosicach chyba nie jest typowym przedstawicielem, jako że zamieszkane jest głównie przez gości zza wschodniej granicy, najpewniej pracujących w okolicy - a wydawało mi się, że takie przeznaczenie nie jest do końca zgodne z ideą PTSM. Z drugiej strony, wielu turystów pewnie tam nie bywa, więc zawsze to sposób na wakacyjne dochody dla internatu szkolnego.
Łosice zresztą (podobnie jak i Kock) wywarły na nas dość smutne wrażenie, miast ciut zaniedbanych i omijanych przez remonty i inwestycje, choć wrażenie w przypadku Łosic częsciowo rozwiał zalew, pięknie urządzony i gdzie po raz pierwszy w zyciu widziałem czarne bzy jednocześnie mające owoce jak i kwiaty (na jednym krzewie!). Wielkie wrażenie zrobił też na mnie pomnik pamięci Żydów z okolic, wymordowanych w czasie holokaustu w Treblince.

Kolejny dzień przyniósł zmianę nastroju - bo wjechaliśmy na Podlasie. A te okolice jakoś zawsze nas nastrajają pozytywnie. Też przyniósł ze sobą powrót na Green Velo, przynajmniej na jakiś czas. Wyjątkowo klimatyczny też był wjazd w Podlasie - promem w Mielniku.
Mielnik zresztą urocze miejsce, z platformą widokową na dawną kopalnię kredy i ogólnie turystycznym charakterem.


Rogacze - cerkiew
Dubicze Cerkiewne - cerkiew
W dalszej drodze Green Velo nawiązaliśmy też nową znajomość, wyprzedzaliśmy właśnie innych rowerzystów, kiedy zagadali i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że to dwójka z Włoch - facet z córką, podróżujący przez cała Europę na daleką północ, oraz prowadzący w Leżajsku warsztat rowerowy facet z synem - Włosi zatrzymali się u niego z problemem z rowerem, a on zdecydował, że właściwie może zamknąć warsztat na weekend i im potowarzyszyć. Taki impuls! Jakiś czas jechaliśmy razem, ale ponieważ my planowaliśmy dłuższą trasę, oderwaliśmy się od nich jadąc w przód - co nie było łatwe, bo Podlasie piękne jest, ale drogi to mają (...), nie wiem co myśleli ludzie wytyczający Green Velo po kocich łbach i polnych piaszczystych drogach równanych gąsienicami. Zęby można było stracić, ale za to trafić na skarby takie jak cerkiew w Rogaczach

Solianka
Nie, żeby u celu naszej podróży - w Dubiczach Cerkiewnych było mniej uroczo. Cerkiew z daleka świeciła świeżo remontowanymi "cebulami" i odmalowanymi ścianami. A nocleg tym razem był w prawdziwym schronisku szkolnym - z łóżkami wstawionym do sal lekcyjnych, kącikiem kuchennym w kolejnej sali itp. Wszystko pod opieką nauczycieli.
Było nam bardzo miło tam nocować, przyjemnie, swojsko i wygodnie. Do tego przy trasie w Dubiczach trafiliśmy na miejsce wybitne - bar serwujący kuchnię rosyjską czy białoruską, w którym jedzenie było bajecznie smaczne.
Nie wiem, czy nie lepsze niż w rosyjskiej restauracji w Bornem Sulinowie, gdzie pierwszy raz zetknęliśmy się z ichniejszą kuchnią.

 Mnóstwo emocji zapewniła nam też pogoda. Jak wyszliśmy z knajpy - było pochmurno. Dwie minuty później kapnęła kropla, potem druga, trzecia i trzydzieści sekund później byliśmy przemoczeni do suchej nitki, jakby ktoś wylał na nas wiadro wody!



Z Dubiczy Cerkiewnych droga prowadziła w najdalszy na północ punkt naszej podróży - Zalew Siemianówka. Jako, że w linii prostej nie jest to daleko, zawinęliśmy sobie trasę przez Białowieżę. Po co? Zobaczyć żubry? Nieeee, tam też jest fajna knajpa z kuchnią rosyjską! A po wyjechaniu z Dubiczy niespodzianka - na ścieżce rowerowej znów Włosi! Jednak tym razem sami - polska część ekipy musiała zawrócić do pracy. Żal aż, że nie wymieniliśmy się kontaktami :(
Hajnówkę minęliśmy niemal bokiem, potem chcieliśmy zajrzeć do cerkwi na Uroczysku Krynoczka, ale okazało się, że jest na terenie wojskowym i wstęp tylko w czasie mszy za zgodą władz wojskowych. Potem jeszcze znaleźliśmy informację o zamknięciu części Green Velo - jak przystało na szlak międzynarodowy dostępną tylko po polsku. Ale do Białowieży dojechać się dało - tylko powrót zapowiadał się objazdem.
W Białowieży tłok wszędzie. Knajpa zabawna, bo wystrój jak w eleganckich restauracji, a format obsługi jak w barze na plaży - zamówienia przy barze, numerki wywoływane przez mikrofon, plastikowe naczynia. Ale jedzenie dobre, choć do baru z Dubiczy jeszcze trochę brakuje.
Już jadąc nad Siemianówkę w Narewce spotkaliśmy rozmownych turystów jadących z naprzeciwka, wymienilismy się więc opiniami na temat drogi. I okazało się, że też spotkali Włochów, którzy ominęli Białowieżę jadąc prosto na północ. Jak widać zwracają na siebie uwagę :)

Łosinka - cerkiew przy drodze
Plutycze
Nad Siemianówką czekało na nas gminne pole namiotowe i chudy wieczór, gdyż liczyliśmy na jakiś sklepik bądź bar - a ten był czynny do 18... Za to zjechały się co najmniej trzy czy cztery grupy na rowerach więc zrobiło się tłoczno i wesoło. Tam podjęliśmy chyba ostatecznie decyzję, że powrót będzie z Małkinii pociągiem, idealnie bo pod sam dom. Trasę akurat na pół podzielił nam Suraż. I jako nocleg pole namiotowe w Centrum Turystyki Aktywnej Bajdarka - miejsce absolutnie fantastyczne, które możemy polecić każdemu.Co prawda pierwszy raz w życiu widziałem na polu namiotowym koedukacyjny prysznic tylko z zasłonkami, ale cóż...
Po drodze mijaliśmy remontowaną cerkiew w Łosince - bardzo dziwną jak dla mnie ze względy na okolumnowane portyki (tak się chyba to nazywa?) - pierwszy raz widzę takie przy cerkwii!
A w dalszej drodze niesamowite wrażenie zrobił na nas przejazd przez Plutycze - cała miejscowość niemal złożona jest z pięknie utrzymanych drewnianych domów. Powolny przejazd rowerem wzdłuż głównej ulicy pozostawia niezapomniane wrażenie.

W każdym razie wieczór spędzony w Bajdarce, z kuflem piwa nad brzegiem Narwii - fantastyczny!

Ostatni dzień to już była trochę formalność, tereny już bardziej mazowieckie czyli płaskie, drogi spokojne. Ale nawet tu nie obyło się bez ciekawych niespodzianek. Np. dowiedzieliśmy się, że Wysoka Mazowiecka nie jest na Mazowszu, a na Podlasiu. A jak ktoś lubi ciekawostki związane z nazewnictwem miejscowości powinien zainteresować się obszarem między Łapami a Czyżewem. Takiej ilości dwuczłonowych nazw nie widziałem nigdzie! I to członów ciekawie odmienionych od imion, np. Moczydły-Jakubowięta, Moczydły-Stanisławowięta, Stawiereje-Michałwięta itp...
Ale wszystko co dobre się kończy więc dotarliśmy w końcu do Małkinii, gdzie jak się okazało wcale nie jest łatwo znaleźć dworzec. Jednak w końcu znaleźliśmy, kupiliśmy bilet i wróciliśmy do domu... na 18 godzin, przed wyjazdem w Sudety!


Świętokrzyskie słońce - podejście drugie.

Oficjalne rozpoczęcie urlopu w tym roku to zdecydowanie start na Świętokrzyskiej Jatce.
Miejsce to samo co rok temu, pogoda również podobna, no ale na wynik liczyliśmy tylko lepszy - w końcu nabraliśmy doświadczenia... Ambitnie i w dobrym humorze podążyliśmy na start, gdzie jak rok temu pojawiła się Pani Wójt życzyć powodzenia uczestnikom. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się podoba to, jak serdecznie i teraz i rok temu byliśmy witani w Czarnocinie, aż szkoda, że podobno przyszłoroczna edycja ma się przenieść kawałek dalej.
Tradycyjnie rozdanie map chwilkę wcześniej i planowanie (mapa i nasz track na 3D Rerun). Zasadniczo układ punktów stosunkowo prosty i decyzja jedna - początek od dołu czy od góry mapy. Wcale niełatwa decyzja ale wygrywa Kozubowski Park Krajobrazowy i opcja spędzenia najgorętszego czasu w ciągu dnia pod drzewami. Jeszcze tylko ostrzeżenie, że na ścieżce do PK17 leży truchło dzika i wonieje... I dodatkowa uwaga, że punkt żywieniowy nie jest jednym z PK a tym samym jest opcjonalny (ale leży niemal przy drodze między PK więc...
W każdym razie start minął i ruszyliśmy w drogę do PK25. Mimo wczesnej pory asfalt grzał, więc skorzystaliśmy dość szybko z wariantu polnego. Co prawda na polu też grzało, no i już na tym etapie nadrobiliśmy sporo dystansu wariantem, bo nie trafiliśmy na drogę, jaką chcieliśmy iść i obeszliśmy łukiem na każdy możliwy sposób.

Sam punkt - super miejsce! I choć przebijanie się przez mirabelkowy przerośnięty sad - drapiące i wonne bardzo.
Kolejny punkt poszedł bardzo przyjemnie, droga była nieskomplikowana a punkt stojący tak bardzo na widoku, że bardziej się nie da:
W dalszej kolejności nadłożyliśmy nieco drogi, przechodząc przez punkt żywieniowy - może nie tak wyrafinowany jak zeszłoroczny, ale bardzo przyjemnie umieszczony i sympatycznie prowadzony. Kolejny PK wydawało się, że będzie bardzo prosty, ale trochę za wcześnie zaczęliśmy szukać i zamiast iść drogą prawie do punktu, przedzieraliśmy się przez zarośla w jarach wokół grodziska. Nawigacyjnie wyszliśmy idealnie, ale strata czasu była. Wychodząc pod las spotkaliśmy pracującego na ciągniku rolnika, który aż zgasił silnik, by się dopytywać, czy nie trzeba wskazać nam drogi! Bardzo było nam głupio powiedzieć, że mamy dopiero za lasem czegoś szukać... Ale i tak było to miłe!  W każdym razie do PK13 dojście było raczej proste, choć szukać zaczęliśmy za wcześnie i trochę czasu to nas kosztowało znów. Przy PK11 przeszlibyśmy z kolei obok lampionu, gdyby akurat nie podbijał go drugi zespół (z którym mijaliśmy się już do końca prawie) - las były jeszcze spory kawałek dalej na północ, a nie zwróciliśmy uwagi na poziomnice, które pasowały idealnie do miejsca z lampionem.
Do PK 9 wariant był mocno drogowy, choć podmokły, stąd niewielkie nadłożenie drogi - za to punkt fajny znów - w jarze (w tym roku coś co PMNO to jary i wąwozy... co za rok!)
Największa chyba wtopa nawigacyjna to był PK15. Prawie do samego końca szło dobrze, po czym zaplątaliśmy się "o jeden dom za blisko", gdzie na naszą obronę układ zgadzał się naprawdę nieźle! A że dom był opuszczony to i drogi w kiepskim stanie nie dziwiły. Na szczęście w końcu machnęliśmy ręką i poszliśmy dalej - spotykając ekipę Sergiusza, z którym to jakoś całkiem często zdarza nam się gdzieś na rajdach mijać. Razem punkt musiał ulec i dał się znaleźć całkiem szybko. Ale do myślenia nam dało, że tutaj spotykamy ludzi idących z naprzeciwka, a było już zdecydowanie po połowie limitu! Bez wahania więc zrezygnowaliśmy z PK17, nie tylko z powodu padłej dziczyzny, ale bo usłyszeliśmy, że nie jest łatwy do odnalezienia.
PK20 większości zespołów sprawiał problemy, my namierzyliśmy się od trafo przy drodze i trafiliśmy tak sobie. Ale na szczęście dość szybko połapaliśmy się, że szukamy za blisko łąki z rozjaśnienia i poszliśmy we właściwe miejsce. A punkt był jednocześnie na widoku i schowany:

Dla wyjaśnienia - stoi na samym końcu długiego grzbietu między dwoma wąwozami, z prawie pionowymi ścianami z każdej strony. Prawie skyrunning, by go zebrać!
W Dzierążni zrobiliśmy sobie krótki postój na zakup lodów i napoi z lodówki. Do PK24 szliśmy w miarę spokojnie drogami - znaleziony był on bez większych problemów.
A w Miławczycach z kolei spotkała nas strasznie miła sytuacja, kiedy zbierający na polu ogórki ludzie, życzyli nam powodzenia i poczęstowali świeżymi ogóreczkami. Oficjalnie chcemy podziękować nie tylko za te ogórki ale i za niesamowity ładunek energii, jaki dostaje się przy takich pozytywnych emocjach!
Niestety żaden ładunek emocji nie cofnie zegarka. Zdecydowanie już byliśmy pod kreską z czasem, więc trzeba było kontrolę strat prowadzić. Albo idziemy po 28, może 30 (ale trudno, bo przez pola), albo po 30 i potem może 31 i 29. Wybraliśmy wariant 2, ale już idąc w stronę PK30 zorientowaliśmy się, że bardzo łatwo będzie przekroczyć limit idąc gdziekolwiek dalej... Wróciliśmy więc na metę bez pięciu PK, ale też i z zapasem półgodzinnym - irytującym, bo niewiele brakowało, aby czasu starczyło na jeszcze jeden PK!

Na miejscu w gościnnych murach hali spędziliśmy jeszcze jedną noc, ale okazało się, że bardzo niewiele osób wybrało taki wariant, mimo odbywającego się na drugi dzień oficjalnego zakończenia imprezy, nie wspominając o losowanych nagrodach. Aż przez chwilę sami rozważaliśmy wyprowadzkę, aby nie nocować samemu, ale jednak trochę osób zostało więc i my.
Zakończenia na Świętokrzyskiej i rok temu i teraz są bardzo przyjemne. Pojawiają się ludzie miejscowi, angażujący się w organizację i fajnie im pokazać, że to się docenia. Przy okazji udało się poznać jedno sekretne źródło tego zaangażowania ale o  tym ciiii ;) W końcu sekretne!

A po zakończeniu oficjalnie rozpoczął się etap pierwszy urlopu - rowerem przez Polskę :)


niedziela, 16 września 2018

Urlop 2018 - prolog

Tegoroczny urlop zanosił się od początku na wyjątkowy. A to za sprawą zmian w przepisach, które wreszcie uregulowały szkolne dni wolne, a w efekcie dały nam długi, bo prawie miesięczny urlop!
Wzorem zeszłego roku postanowiliśmy zacząć go od podróży rowerem, a tą jak wiadomo najlepiej z kolei otworzyć pieszą 50tką.
W zeszłym roku trafiło na Cobrę, w tym - na Świętokrzyską Jatkę.
Czarnocin od Karnieszewicz różniła jednak odległość od najbliższego dworca PKP, tu czekało nas w piątek jeszcze ekstra 40km w pagórkowatym terenie.
Aby dało się to zrealizować z pracy wyszedłem wyjątkowo wcześnie i złapaliśmy pociąg nieco po 12 z Warszawy. A przynajmniej tak miało być, bo koniec końców na Centralnej pojawił się prawie o 13. Za to bezproblemowo znaleźliśmy wieszaki na rowery i miejsce na sakwy, których jak co roku wyszło całkiem sporo. Niestety - spóźnienia pociągów mają tendencję rosnącą, więc w końcu na miejscu - w Miechowie - wylądowaliśmy półtorej godziny niż planowaliśmy. Aby dojechać na spokojnie przed zmrokiem, czasu wcale nie było więc tak dużo. A co może warto wspomnieć, wszystkie te biegi i marsze i lenistwo wrodzone sprawiły, że na rowery to my wsiedliśmy wcześniej może kilka razy - a tu dwunastodniowa podróż z bagażami...
Na szczęście podróż do Czarnocina w znaczej części udała się drogami bocznymi całkiem spokojnie. Do myślenia dał nam tylko odcinek skrótu - najpierw asfaltowego ale potem polnego, po kórego kilkuset metrach rowery wyglądały tak:


Cóż... współczuliśmy trasom rowerowym (choć jak się okazało, oni wrócili rowerami znacznie czystszymi!)
Na miejscu jeszcze tylko sprint do właśnie zamykanego sklepu, wyczajenie miejsca na znanej już sali gimnastycznej i rozbicie obozu.
Przypadkiem w sumie okazało się, że obóz ten rozbiliśmy po sąsiedzku do ruszającego niebawem na setkę Przemka - zbierającego siły drzemką. Chcąc jeszcze choć na drogę pomachać, czas do północy wytracaliśmy obserwując zaćmienie księżyca, oraz bardzo jasny Mars, przy okazji zdarzyło się też nam zobaczyć na boisku polną myszkę.
Telefony komórkowe nie są stworzone do fotografii zjawisk astronomicznych :(
Start setki tym razem był mniej kameralny (rok temu startowały tylko trzy osoby), za to cała odprawa odbyła się za zamkniętymi drzwiami, więc o północy zobaczyliśmy tylko wybiegającą i rozbiegającą się w różnym tempie grupę zapatrzoną w mapę, poszliśmy więc spać :)

sobota, 11 sierpnia 2018

50 na 50 na 50+

Pisanie jakoś nam ustało na dłuższy czas, ale jako, że nie zna się dnia i godziny, kiedy pojawi się wena, do pisania wracamy przy okazji Czarnej Kobry. Po tym, jak rok temu zaczęliśmy nasz urlop właśnie tym rajdem, ponosząc sromotną klęskę w wynikach ale mając wspaniałe wspomnienia, nie mogliśmy odpuścić tegorocznej edycji.
Dzięki luźniejszej pracy w szkole udało się nam urwać wcześniej, unikając zwyczajowego korka na wylocie z Warszawy, mając też czas na tradycyjny przy wyjazdach w kierunki zachodnie postój w Chełmnie. Nigdzie indziej niż w "mieście zakochanych" gofry nie smakują tak dobrze :)
Mimo przestanku na bazę zajechaliśmy jako jedni z pierwszych. Miejsce piękne, na uboczu miejscowości, z wielkim terenem, wiatkami i oczywiście mnogością strzelnic - na czas zawodów nieczynnych na nasze szczęście - bo kto wie gdzie taki szukający PK może wleźć?
Baza stopniowo się zaludniała, przyjechała też reszta Stowarzyszonej ekipy. Celowo schowaliśmy się w kąciku, aby dać szansę świadomym groźby chrapania znalezienia odpowiednio dalekiego miejsca - ale masochiści jednak rozłożyli się tuż obok. Cóż, założyłem że jakby co to będę kapcie odrzucał w nocy :) Ta jednak minęła bez latającego obuwia...
Rano przyjemny był brak konieczności robienia samemu śniadania, choć nie wiązało się to z kosztami. Przypuszczam, że konieczność opłaty za ten posiłek wynikała z potrzeby uiszczenia opłaty za nocleg i była próbą pogodzenia obowiązku zapewnienia uczestnikom miejsca do spania w warunkach turystycznych wynikającą z regulaminu PMnO oraz bezpłatnego startu.
Może warto w regulaminie uwzględnić taki przypadek - że dla imprez z bezpłatnym wpisowym wymogi na świadczenia będą niższe?
No ale to już nie od nas zależy, czy takie zmiany wprowadzać.

Po jedzeniu spokojnie można było jeszcze się zebrać i zdążyć na odprawę, odbywającą się tuż przed budynkiem PZŁ, która była wyjątkowo medialna - pojawiła się nawet ekipa telewizyjna! Ale na szczęście udało się uniknąć nagrania (chyba). Dostaliśmy mapy (A3 na "niezniszczalnym" papierze - połowa arkusza była mapą właściwą, na drugiej były rozjaśnienia wszystkich PK) i oficjalnie wystartowaliśmy. Jak w zeszłym roku tak i w tym punkty były rozrzucone w sposób, który nie zdradzał od razu wariantu optymalnego. Ale wiadomo było, że początek albo na północ albo na południe. Zaznaczone przy PK8 mokradła zasugerowały nam wariant w którym ten punkt zostawiamy na koniec. Do PK11 szło się właściwie stadnie, punkt prosty, nic nie zapowiadalo późniejszych komplikacji. Minusem takiego startu była dłuuuga prosta na kolejny PK.
W Wyszeborze, wbrew ostatnio przyjętej zasadzie "ŻADNYCH SKLEPÓW!" odżałowaliśmy kilka minut na zakup lodów. Ale może dzięki temu PK14 nad jeziorkiem trafiliśmy bezbłędnie - obiecujący start zupełnie jak rok temu... PK 7 też jakoś całkiem spokojnie. Kolejna decyzja była nieco kontrowersyjna, zdecydowaliśmy się zebrać PK3 przed PK4. Było to o tyle fajne, że tnąc przez łąki w Policku trafiliśmy na kilka pięknych miejsc, zabudowań chyba agroturystycznych ozdobionych malunkami. Na trójce zrobiło się towarzysko, bo za sprawą młodnika bukowego punkt właściwie nietrudny okazał się podstępny i ambitny do znalezienia. Do tego wyjątkowo perfidnie był lampion ukryty od tyłu ułomka pnia, choć po znalezieniu skarpy był dokładnie tam, gdzie być miał. Czwóreczka z kolei wskoczyła z marszu i przez most udaliśmy się po dwa zarzeczne PK. Na moście spotkaliśmy bardzo zadowolonego ze spotkania nas innego uczestnika, który troszkę się chyba zaplątał w terenie. I właściwie mijaliśmy się z nim aż do PK9, w większości nadrabiając nieco precyzją nawigacji to, co "konkurent" nad nami nadrabiał lepszą formą.
Zresztą punkty te były raczej towarzyskie, przy PK13 spokaliśmy dwie osoby, przy PK22 całą grupkę rowerzystów, troszkę wcześniej za mocno na wschód szukając dwunastki.
PK 9 był punktem przełomowym, tam uświadomiliśmy sobie, że nie damy rady zebrać kompletu. Niby punkty w większości były dość łatwe do znalezienia, ale każdy kosztował minimum kilka minut, a dzień wyjątkowo jakoś nie sprzyjał podbieganiu. W tym momencie nasz wariant okazał się bolesny, bo jedyna możliwość skrócenia trasy oznaczała opuszczenie aż pięciu PK (prosto na PK16)
No ale tak zrobiliśmy, lepiej niż być nieklasyfikowanym...
PK16 udało się znaleźć bez większego stresu, a podobno był niełatwy, ale kolejny - PK18 nam - jak i wielu innym przysporzył sporych kłopotów. W trakcie wstępnych poszukiwań, chyba nawet mignęły nam gdzieś w oddali Niepoślipki, a w końcu trafiliśmy już bliżej punktu na parę Tomasz i Barbara - ale nie tą co zazwyczaj w zeszłym roku - a z Bydgoszczy i Poznania. Razem chwilę czesaliśmy, w końcu jednak wpadłem na pomysł, by odnaleźć róg linii energetycznej i odbić się od niego - i to okazało się strzałem w dziesiątkę - na punkt weszliśmy idealnie.
W dalszą drogę ruszyliśmy już osobno, choć na dojściu do PK 17 szosą nie sposób nie było nie spotkać się ponownie, ale na koniec wariant "ataku" przyjęliśmy inny - nasz najwyraźniej mniej skuteczny, bo punktu szukaliśmy tak długo, że nie dość, że trzeba było przerwać szukanie to jeszcze odpuścić PK15 - licząc na proste dojście do PK21. I chyba zmęczenie połączone z dawką frustracji spowodowało, że gdzieś poszliśmy w niewłaściwą stronę i zamiast w okolicy PK21 wylądowaliśmy... w Dzierżęcinie. Kolejna strata czasu i już tylko chęć dotarcia w limicie niezależnie od ilości PK pozostała - deja vu z zeszłego roku. Mijanie PK21 asfaltem bolało fizycznie, choć słuchając potem opowieści, można było na tym PK utopić mnóstwo czasu. PK2 już nawet nie próbowaliśmy, właściwie można było wykorzystać limit spóźnień, ale jest taki moment, kiedy wola walki słabnie i już nie ma takiej motywacji. Ale PK8 się udalo wziąć, choć nawet tam już zrobiliśmy błąd nawigacyjny, a ja w pewnym momencie zauważyłem, że... nawiguję bez mapy. Do tej pory nie wiem, co się z nią stało, mam nadzieję, że jednak jest biodegradowalna.

Na samym finiszu wyprzedziła nas zwyciężczyni kategorii K i skręciła trochę za wcześnie - a my za nią - zamiast prosto do ośrodka to dookoła. Chyba ona całkiem obiegła strzelnicę, my jednak zawróciliśmy dochodząc do wniosku, że miała być furtka a nie błotniste łąki - i okazało się, że kawałek dalej faktycznie była!

O tym, jak byliśmy zmęczeni niech świadczy fakt, że o ile na prysznic sił starczyło, to o tym, co było na posiłek regeneracyjny dowiedzieliśmy się rano, bo jak na chwilę położyliśmy się odpocząć, to nagle okazało się, że już "dzień po"

Zasadniczo impreza po raz kolejny nas przeżuła i wypluła, a my kolejny raz będziemy twierdzić, że organizacyjnie jest to jedna z najfajniejszych "pięćdziesiątek" jakie znamy. Trudna nawigacyjnie, ale dopracowana, co widać po czasie zwycięzcy i całej czołówki - precyzyjna nawigacja pozwalała trafiać na punkty idealnie - tak właśnie były rozstawione. Bardzo dobrze, że znalazła się osoba, która przejęła organizację (edycja 2017 była ostatnią, którą przygotowywał poprzedni budowniczy trasy), liczymy, że kolejny rok poziom będzie dalej wysoki, a nasze umiejętności pozwolą nam wreszcie odnieść sukces!

PS - mapa na http://cobra.js1373.pl/index.php/wyniki-mapy-zdjecia/
zdjęcia i track przepadły po pechowej (de)aktualizacji oprogramowania telefonu :(

PPS
Skąd tytuł? Bo to 50tka, na której miałem (Michał) numer startowy 50 i wzięliśmy nieco ponad 50% PK :)

wtorek, 6 lutego 2018

Rekonesanse są niebezpieczne

Po Rajdzie 4 Żywiołów kolejny tydzień zaplanowany był raczej rekreacyjnie. W dni robocze raptem tylko OrtInO nas czekało, do tego jak dowiedzieliśmy się wcześniej - jeszcze staranniej niż zwykle rozpoznany teren - bo osobiście.
Standardowo nie dając się ponieść ambicji zapisaliśmy się na Trasę tylko Utrudnioną, wystroiliśmy ciepło, bo wieczór taki sobie i na start dotarliśmy całkiem punktualnie. Ma to taką zaletę/wadę, że im się jest wcześniej tym dłużej się człowiek zbiera na trasę - za dużo możliwości na pogadanie :)

Ale chłodek skrócił pogaduszki - zawsze idąc cieplej. Dorwaliśmy się więc do karty startowej i chwilę potem do map. Jak coraz częściej zdarza się pamiętać - najpierw sprawdzenie - jaki czas, ile PK jest na mapie a ile należy zebrać i czy są zadania. Po dotarciu do zad. 3 "Kto jechał kłusem w piusce na Mobiusce?"  od razu wiedziałem, kto jest autorem mapy :)

W pierwszej chwili - jak to na OrtInO wyglądało na to, że nic do niczego nie pasuje. Ale na to jest sprawdzona metoda - idziemy po wycinku startowym i w międzyczasie może nas olśni :)
Pierwsze olśnienia były mało przydatne - ustaliliśmy, że wstęga startowa jest tą jedyną kompletną.
Następnie udało się skojarzyć blok przy PK L/H - choć nadal nie wiedzieliśmy gdzie to jest. Dopiero idąc po PK C zauważyliśmy wspólny budynek na wycinku z tym punktem i z wcześniej zgranym L/H. To bardzo pomogło, gdyż od razu mogliśmy iść po PK J oraz PK I, a jak już doszliśmy do J-ta, to końcówkę wstęgi dopasowaliśmy w terenie do PK E.
W tej okolicy jakoś tłoczno było od InOków :) Spotkaliśmy m.in. Darka M. skarżącego się na bardzo ciemną mapę. Co fakt to fakt, trochę rozjaśnienia może by poprawiło czytelność po ciemku...
W miarę dopasowywania kolejnych wycinków robiło się coraz prościej - tam przynajmniej się wydawało. Nadal jednak wycinek KMNOP był zagadką, więc poszliśmy po znany już FG (bo wiadomo było, że pasował do PK LH).
Troszkę zaczęło nam powoli brakować czasu - i nadal wiedzy co z ostatnią wstęgą. Idąc już nieco zrezygnowanym na start doznaliśmy olśnienia - dach przy punkcie C! Jest na wycinku niedaleko N. A przynajmniej wygląda podobnie...
Wizja lokalna potwierdziła podejrzenie - konkretnie PK P był tam, gdzie się go spodziewaliśmy! I ucieszyło nas to dodatkowo, bo znając położenie PK N mogliśmy spróbować podejść do zadań.
Zbierając PK  O, jako ostatni punkt zostało nam na to 10 minut - jak się okazało wcale nie tak dużo.
Określenie azymutu z PK z dwóch całkiem rozłącznych wycinków, to tego przy różnej skali... W końcu oba PK odnieśliśmy do wycinka z PK C (bo sąsiadowały z nim) i na tej podstawie wyliczyliśmy coś, co kosztowało nas 5 PK.
Do wyliczenia odległości należało jeszcze określić skalę, co zrobiliśmy w drodze na metę. Niestety - wyszły nam różne wyniki (ja się pomyliłem...) - więc liczyłem po raz drugi... I dwie minuty lekkie poszły właśnie na to...
Ale na szczęście o sekundy nie były to 3 ;)

Ogólnie z wrażeń to mamy takie (chyba potwierdzone historią Renaty i Tomka), że rekonesans prowadzi do lepszej znajomości okolicy, więc i przeceniania uczestników :) Trasy były wymagające i troszkę mam odczucie, że spasowanie nieszczęsnego wycinka KMNOP wymagało troszkę szczęścia, a nie tylko umiejętności.
Co nie zmienia faktu, że było przyjemnie i to mimo chłodnej pogody!!

piątek, 2 lutego 2018

Gdzie ten czas leci...

Można by pomyśleć, że tytuł wiąże się z tradycyjnym już opóźnieniem w publikacji wpisów.
Ale nie.
Opóźnienie w pisaniu sprawiło, że najpierw uzupełniłem książeczkę InO.
I wychodzi na to, że zaczynając od 4 etapu Szybkiego Mózgu 2016, Zimowy Rajd Czterech Żywiołów to była moja jubileuszowy 200 wpis w książeczkę między 7 września 2016 a 20 stycznia 2018. Chyba całkiem nieźle?

Jechać do Bydlina zdecydowaliśmy się ze względu na bardzo dobre wspomnienia z edycji letniej - zarówno co do organizacji imprezy jak i samej trasy. Warto podkreślić, że zrezygnowaliśmy dla startu z dwóch dni siedmiodniowego urlopu w Bieszczadach - nie dla każdego rajdu poświęcilibyśmy ten czas.
Droga do bazy z dalekiego południowego wschodu prowadziła nas w okolicach Krakowa, po drodze zgarnęliśmy więc spędzającą piątek owocnie na licznych krakowskich TRInO Barbarę. Po pustych, bieszczadzkich drogach przejazd przez duże miasto był lekko traumatyczny i nie obyło się nawet bez zgubienia drogi, co powinno kiepsko wróżyć na sobotę, ale jakoś nie było takich negatywnych myśli wcale.
Na miejscu byliśmy chyba dość wcześnie, bo nawet biuro było dopiero na etapie organizacji, ale czas wykorzystaliśmy rezerwując miejsce, moszcząc noclegi i wypakowując niezbędne rzeczy, które podczas ferii tak się rozpełzły, że jak znieśliśmy wszystkie odpowiednie torby to wyglądało to jak miesięczny obóz wędrowny. Ale hala duża - więc kto by się przejmował.
Nieco później dojechali Renata z Tomaszem i zgodnie zajęliśmy spory kawałek sali - właściwie czemu na takie okazje nie rozwiesza się klubowego logo :) W końcu reprezentacja robi się coraz większa!
W każdym razie co impreza dla mnie i Agnieszki robi się coraz bardziej swojsko, powoli zaczynamy poznawać ludzi wokół, a inny zaczynają poznawać nas. Strasznie to fajne uczucie :) Więc i wieczór minął szybko i nawet stukające ogrzewanie nie psuło nastroju. Jak dobrze zauważyła na swoim blogu Renata (http://kinio1001.blogspot.com/2018/01/cztery-zywioy-i-piaty-malutki.html) przynajmniej nie było słychać mojego chrapania, którego się pozbyć jakoś nie udaje się na razie.
Rano nawet można było się wyspać (tak naprawdę nawet mnie to tak nie cieszyło - późniejszy start znaczy więcej trasy do pokonania po zmroku!)

Z letniej edycji pamiętaliśmy, że odprawa poranna bardziej zaadresowana będzie do wszystkich tras poza TP50, gdzie chyba więcej reguluje regulamin PMNO i mniej można improwizować, ale mimo to wysłuchaliśmy informacji i udaliśmy się przed szkołę, gdzie zaplanowany był start masowy wszystkich tras. Na kilka minut przed godziną "0" dostaliśmy mapy i trzeba było podjąć decyzję co do ogólnego kierunku. Ja mam już prostą metodę na ten problem - na koniec zostaje podejście do bazy przez najbardziej otwarty teren :) - najdłużej jasno i zazwyczaj najłatwiejsza nawigacja. Raz, na Kaczawskiej Wyrypie na koniec zostawiliśmy sobie las - bo przecież tam drogi się nie zmieniają - i okazało się, że nie wszędzie jest to prawda :) Oj kosztowało nas to czasu a czasu, pewnie z godzinkę.
Ale ja nie o tym przecież.
Jeszcze przed startem zdążyliśmy się swoim pomysłem podzielić z Barbarą, a już trzeba było lecieć. No ale przecież nie dla nas pokazówki sprinterskie na starcie więc ruszyliśmy statecznym marszem - na podbieganie będzie czas na końcu albo wcale (letni R4Ż finiszowaliśmy biegiem ;) )
Zaraz po wyjściu z bazy skręcamy na PK3 (planowana końcówka miała wyglądać 5 -> 4 -> 2 -> meta). Wchodzimy na stadion i... deja vu! Przechodziliśmy tędy latem! Nawet od razu wiem, że pierwsza ścieżka w bok to zmyłka - prowadzi do ławeczek nad wodą zamiast na mostek, a do tego rosną tam agresywne drzewa. Latem jedno dało mi po głowie...
Na mostku puszczamy przodem szybszych od nas i kierujemy się na Cieślin nie dając się zmylić ścieżkom, które lekko odbiegają od tego, co na mapie i wyprowadziły nas nieco z trasy poprzednio. Widać, że nie jesteśmy pierwsi - mieszkańcy patrzą nadal na nas podejrzliwie, ale pytań nie ma - pewnie padły wcześniej. Kiedy już zbliżamy się do linii energetycznej, trafiamy na spoiler - ślady 4x4 - czyżby wspomniany na odprawie Misiek? Chyba tak, bo idąc po oponach trafiamy bezpośrednio w okolice słupa z lampionem.
W międzyczasie dzwoni telefon - Barbara! Pada pytanie, czy mamy coś przeciwko towarzystwu - oczywiście że nie! Umawiamy się więc między 3 a 11 i za kilkanaście minut na mostku nasz zespół staje się trzyosobowy.
Nie przejmując się, że to jawne uchybienie w niektórych oczach idei indywidualnej rywalizacji w PMNO dalszą część trasy pokonujemy wspólnie :)
Od razu zresztą widać niesprawiedliwą przewagę - już na początku panie wyjaśniają mi głupotę mojej koncepcji 11 - 10 - 13 - przecież tam po drodze jest rzeka i to wcale niewąska. Żeby więc nie iść po PK10 we te i z powrotem zostawiamy go sobie na koniec - jednak więc będzie jeden leśny PK po zmroku zapewne. Płot do PK11 dłuży nam się i dłuży, ale lampion oczywiście jest gdzie trzeba.
Za to potem na LOPkę długa prosta wzdłuż szosy. Samo przejście przez rezerwat bardzo przyjemne i widokowe, fajnie, że lampiony postawione blisko końców, nie faworyzowały żadnego z kierunków przejścia.
Przy wejściu w stronę PK19 ciasno. Widać chyba z 10 rowerów - spieszeni rowerzyści najwyraźniej mają etap biegowy. Do tego trochę natywnych pieszych - więc w lesie gwarno i rojno - nawet jacyś myśli z flintą się przypałętali. Hmm, czyżby traktowali nasze szukanie lampionów jako nagonkę?
Sam punkt wymagał trochę pokombinowania, przeszliśmy za daleko i trzeba było skałki obchodzić. Za to umiejscowienie lampionu - miodzio, malownicze jak ta lala.
Przy tym punkcie chyba trzeba było podjąć największą decyzję - co dalej.
Zdecydowaliśmy się na wariant, który na pierwszy rzut oka może nie wydawał się idealny, ale w praktyce chyba był jedną z lepszych możliwości - czyli wycieczka po PK13, potem powrót na PK 18 i dalej zygzakiem: 17 - 16 - 15 - 14 - 9 - 8 - 7 - 6 - 1 - 5 - 10 - 4 - 2 - baza.
Trochę problematyczne były pasujące nam odcinki wzdłuż DW - zakazanej, ale jako że i tak asfaltu nie lubimy wszędzie udawało znaleźć równoległe ścieżki czy też drogi nawet. PK 13 uparcie próbowaliśmy znaleźć w środku pustostanu i dopiero Agnieszka wpadła na to, by budyneczek obejść. W drodze na 18 z kolei żartowaliśmy, że może na etap biegówkowy nie było warunków, ale czemu Organizatorzy przepuścili takiemu udanemu lodowisku to nie rozumiemy. Na szczęście lód był tylko na drodze, bo podejście - pierwsze z kilku od razu lekko dało mi w kość. Może ktoś zna dobre ćwiczenia na elastyczność stopy? Nie wiem, ale stawianie kroków na podejściu bardzo szybko męczy mi kostki.
Barbara oczywiście na szczycie była pierwsza, ale chyba długo nie musiała czekać. Właściwie to już tu zacząłem rozumieć, czemu nam trasy zajmują tyle więcej czasu - utrzymywanie tempa wcale nie jest takie proste - liczymy, że przyjdzie z praktyką. Kolejne punkty aż się prosiło, by zdobywać jak w Seksmisji - idąc na wschód, choć może nie za cywilizacją konkretnie.
Między zabudowaniami a jarem, na którego końcu był PK 17 widać już było wydeptaną ścieżkę - przez wysokie miedze i jary. Najbardziej zaskakujące były tam ślady opon rowerowych, bo część uskoków nawet dla nas pieszych wymagała uwagi. Co dopiero na dwóch kółkach.
Wspólna nawigacja - oraz pewnie wydeptane inockie tropy - sprawiły, że na PK weszliśmy jak po sznurku. Kolejny bardzo malowniczy PK warto dodać, choć żal, nawet uroczy jar na odludziu potrafił służyć niektórym jako śmietnik :(
Dalsza trasa - trzymać azymut! Tylko... jak wyjść z jaru?
Ja zacząłem wdrapywać się po zwalonym drzewie. Widząc moje akrobacje, obie panie zdecydowały się wybrać inną drogę. Chyba słusznie, bo na górę weszliśmy niemal równo. Na górze znów płasko, pola i wysokie miedze, ale jakby latwiejszy teren. Chyba dla uśpienia równowagi, bo podejście po samą Łysicę okazało się najbardziej stromym z całej trasy. Tu odkryłem, że podbiegając mniej obciążam kostki, szkoda tylko, że kondycji nie starczyło na całą wysokość :) Tak więc ja biegnąć a panie idąc dotarliśmy na górę w prawie tym samym czasie, a potem zostałem zmęczony z tyłu :)
Plan dojścia do PK 15 był taki, że górą drogą pójdziemy do Cieplic i dalej - znów drogą na punkt. Ale... na szczycie droga okazała się bardzo zanikająca, więc po przebijaniu się przez jakiś czas przez ugory, zeszliśmy na dół jednak i ścięliśmy przejście na azymut.
W międzyczasie dostaliśmy pierwszy cynk, że PK 15 zaginął. Pierwszy - ale nie ostatni, bo koniec końców co najmniej trzy grupy niezależnie informowały nas o tym fakcie. Wierzyć uwierzyliśmy, ale profilaktycznie i tak wleźliśmy w las i próbowaliśmy zameldować się organizatorom z punktu telefonicznie. Nieskutecznie - ale liczą się intencje :)
PK 14 okazał się pierwszą i ostatnią znaczącą nawigacyjną pomyłką. W sumie chyba nie tylko my mieliśmy tam problemy, rowów przypominających okresową rzekę (widzianą już przy miejscu PK 15) było co najmniej dwa, jeśli nie trzy. W las więc weszliśmy zdecydowanie za wcześnie, a punktu nie było tam, gdzie się go spodziewaliśmy, za to znaleźliśmy wydeptaną InOstradę. Tu pojawiła się dyskusja czy idziemy nią w prawo czy w lewo - bo żal nie skorzystać. Ja głosowałem lewo, Barbara prawo, Agnieszka miała wątpliwości, więc koniec końców każdy poszedł nieco w inną stronę. Wygrało (jak można było się spodziewać) doświadczenie Barbary i ona najszybciej trafiła na lampion. Kolejne przejście do PK 9 nawigacyjnie banalne - DW i tory wytyczały nam drogę. Co więcej wzdłuż torów była świeżo wykoszona w sosnach droga techniczna - gałązki iglaste mościły ziemię a powietrze pachniało żywicą - prawdziwy odcinek aromaterapii!
Ponieważ droga prosta na PK 8 zaczynała się podejrzanie między domami, cofnęliśmy się do stacji PKP i poszliśmy po skosie. Oczywiście nie mogło być za prosto i układ dróg nie zgadzał się jakoś specjalnie z mapą, ale trochę drogami, trochę po skosie doszliśmy do właściwej drogi. Chyba zaskakująco dobrej, bo od razu Barbarę próbowało rozjechać dwóch "naszych" rowerzystów - na szczęście nieskutecznie.
PK 8 minęliśmy w locie, sprawnie odnajdując dalej i PK7
Tu zarządziłem krótki postój serwisowy - na trasę poszliśmy tym razem biorąc pod uwagę mokry śnieg w skarpetach wodoodpornych. Może i wody nie wpuszczają, ale nawet w tych okolicach zera w lekkich butach nogi się mocno pociły i uznałem, że robi się niebezpiecznie - zmieniłem więc je na zwykłe.
Przyznam się, że po 10 minutach zacząłem żałować - bo zrobiło się w butach zaraz mokro i zimno a nie tylko mokro, no ale na zmianę z powrotem trochę już było za późno.
Z PK 7 decydowaliśmy się ciąć do PK 1. Swoją drogą z całej gamy punktów, ten jeden naprawdę można było zamienić na inny - jaki by wariant nie wybierać, to tam trzeba było zasuwać w te i we wte i to po asfaltach.
Ale z drugiej strony sam punkt wcale nie banalny a i kanały wokół sprawiały, że nietrudno było gdzieś się skąpać - o ironio udało to się obu mającym względnie suche nogi Paniom. A mi - i tak z mokrymi nogami po kostki udało się niebezpieczeństwa ominąć. Kolejne 2 PK (5 i 6) były elektryfikujące, a raczej zelektryfikowane - linia wyższego napięcia robiła nam za niemal idealny namiar. Co prawda akurat zwłaszcza PK6 nie wymagał tego za bardzo - betonowy krzyż na szczycie był widoczny z daleka.
Schodząc w stronę Kamionków nawigowaliśmy dalej wzdłuż linii energetycznej, powoli czując nachodzący zmierzch. PK 5 można było atakować od wchodu drogą,ale mi skróciliśmy sobie nieco drogą idą prosto od stacji kolejowej. W sumie punkt nie mógł być trudny - ciężko przegapić betonowe silosy. Trafienie na nie okazało się wcale nie aż tak banalne, ale trudne też nie (znów piękne lodowisko wokół lampionu!) Przy punkcie wyciągnęliśmy też już lampki, choć nie każdy włączył je od razu. Do PK 10 poszliśmy mniej więcej trzymając się dróg i omijają Lisieniec od dołu. Co prawda droga na zachód była symboliczna, ale i tak doprowadziła nas prawie idealnie na stojące na skrzyżowaniu dróg i zaznaczone na mapie kapliczki. Ponieważ akurat tu w lesie drogi właściwie się zgadzały, to i przejście do PK 10 nie sprawiło nam specjalnych problemów.
Ostatnie dwa PK to już była właściwie formalność- odnalezienie słupa wysokiego napięcia na polu mając do dyspozycji bardzo mocną latarkę to nawet nie zajęcie z orientacji, z kolei do PK 2 wydeptanym śladem można by poprowadzić samochód.

Co prawda tym razem na metę doszliśmy bez dobiegania, ale usprawiedliwić to można bardzo wysokim tempem w drodze! Zasadniczo wariant z uwzględnieniem cięcia na azymuty zamknął nam się w niecałych 48km, a dzięki nadającej tempo Barbarze i na pewno również Jej wyczuciu nawigacyjnemu trasę ukończyliśmy w naszym życiowym czasie - mniej niż 10 godzin!

Na mecie oczywiście zostaliśmy uraczeni gorącym posiłkiem, po czym Renata z Tomkiem już zebrani przechwycili Barbarę wybierając się od razu w drogę powrotną (my planowaliśmy jeszcze wykorzystanie niedzieli jako ostatniego dnia urlopu! Z kolei, zanim do końca już się wybrali, Organizatorzy rozpoczęli akcję poszukiwawczą - dekoracja kategorii TP50-K! Zabrakło wprawdzie zwyciężczyni, która nie czekała, aż ukończymy swoją życiówkę, ale efektem ubocznym było zdominowanie podium przez Klub InO Stowarzysze...

Potem pozostało już tylko paść na materac i na zmianę obserwować kolejne powracające zespoły oraz wykonujące zadanie linowe ekipy tras AR. Szczerze mówiąc linowa pajęczyna strasznie kusiła, ale zabrakło odwagi, szkoda, że nie wiedziałem, że nie byłbym pierwszy nie-AR-owym uczestnikiem rajdu, który się próbował. Renacie pewnie bym nie dorównał, ale ... może następnym razem.
Chyba zresztą prędzej bym zdecydował sie wleźć na te liny, niż zrobił to - co uczestnicy najdłuższych tras - którzy w noc i coraz mocniej padający śnieg wyruszali na ostatni etap!
Jestem pełen podziwu dla nich!
To naprawdę wymaga kondycji i zaparcia!
A my cóż... trzeba było odespać wysiłek, no i w niedzielę w planach Ojcowski Park Narodowy i TRInO :) w drodze powrotnej do Warszawy.