niedziela, 30 września 2018

Sudeckie urlopy

Po Grand Prix kolejną zaplanowaną aktywnością InOwą była Sudecka Wyrypa. Trudno było co prawda się zdecydować, czy właśnie tutaj start, czy może na będącym w tym samym okresie Orientopie, ale po frajdzie na Sudeckiej rok temu wygrało PMnO. A w międzyczasie cały tydzień spędziliśmy na "spacerach" po górach



 Już pierwszego dnia - po zakończeniu Grand Prix wybraliśmy się na spacer po okolicy Jagniątkowa i miejsca noclegowego. Spokojne kilka kilometrów drogą pod reglami i potem z zejściem do jagniątkowskiej kawiarni, w której nigdy nas nie było wcześniej. Warto było - przepyszne gofry obładowane owocami i fenomenalna kawa. Kto by przypuszczał :)







Na drugi dzień nie było już miejsca na taryfę ulgową. Choć z Jagniątkowa nie chciało nam się jeszcze ruszać samochodem, to spróbowaliśmy wymyślić jakąś nową trasę. Początek/koniec są dość ograniczone, szlaków jest ile jest. Ale już po wejściu na czerwony szlak ilość możliwości rośnie. Po raz pierwszy postanowiliśmy przestać ograniczać się do Polskiej strony gór i zapuściliśmy się za granicę. Konkretnie - dojść do najwyższego wodospadu Czech - Pancawskiego. 143 m wysokości, ale wcale nie wygląda, pewnie dlatego, że Pancava to wąski strumyk. Może z drugiej strony doliny widok byłby lepszy - spróbujemy innym razem, najlepiej mając ze sobą lornetkę! Wracając oczywiście żal było nie zahaczyć o Szrenicę, widoki piękne. I o ile podejście niebieskim szlakiem było ciężkie w fajny sposób, to zejście czarnym - masakryczne, bo szlak był zorany przez wycinkę drzew.
Tego dnia niespodziankę zrobiła mi Strava, kiedy okazało się, że na Segmentach, które były na naszym szlaku mieliśmy świetne wyniki! Brawo my!
Kolejnego dnia zaplanowane było spróbowanie się z podbieganiem po terenie górskim, na nieco dłuższej trasie, ale może nie tak strasznie trudnej. Wybraliśmy więc się do Jakuszyc, by tam zrobić częściowo po terenie Grand Prix wycieczkę "z podbiegami"
Plan udał się całkiem nieźle, choć zwłaszcza pod koniec, na utwardzonej nawierzchni od Chatki Górzystów i przy dużym ruchu rowerowym ilość biegania zmalała zdecydowanie. Ale za to widoku z nadizerskich łąk - przepiękne :)
Żeby jednak nie zabrakło i tras bardziej klasycznie turystycznych, no i obowiązkowej wizyty na Śnieżce, po raz kolejny postanowiliśmy poznać lepiej Sudety czeskie. Ale inaczej niż zwykle - samochód zostawić na Przełęczy Okraj i uderzyć na szczyt od wschodu. Jak to nasze szczęście zazwyczaj sprawia, zatrzymując się w poszukiwaniu kantoru w Kowarach trafiliśmy na start wyścigu rowerowego (i towarzyszącego pieszego) właśnie Kowary -> Okraj! Skorzystaliśmy z okazji i przy starcie nabyliśmy pyszną kawę oraz piwa lokalnego browaru :) Sama wycieczka zaczęła się dość ciężko, ale powoli się rozkręciliśmy i minęła całkiem przyjemnie. Ale też kto to widział, by - jak Czesi - knajpki przy szlaku zamykać o 16? Gdzie tu sens i logika!?!
Skoro już zaczęliśmy badać czeskie Sudety, to postanowiliśmy zabrać się do nich od drugiej strony tym razem. W poszukiwaniu miejsca startu pomogła informacja, że w Rokytnicy parkingi pod Ski Arena są latem bezpłatne - i zawsze jest na nich właściwie wolne miejsce. Pętelkę zaczęliśmy ambitnie - zamiast szlakiem na okrętkę, podeszliśmy na szlak drogą na wprost. Podejście okazało się koszmarnie ostre, kiedy dotarliśmy do szlaku byliśmy już wykończeni - na tyle, że możliwość zboczenia na chwilę na samą Łysą Górę odpuściliśmy bez żalu. Z kolei kocioł Kotła okazało się, że jest niedostępny dla turystów i ten kawałek drogi trzeba było zmienić. Przejście szczytami było tradycyjnie monotonne, choć w odróżnieniu od Polskiej strony sporo tu można zobaczyć pilnujących dawniej granicy bunkrów. Interesujące było za to zejście żółtym szlakiem - niby było coś napisane po czesku, że przebudowa chyba, ale kto by się przejmował... Okazało się, że przejmować się należało, bo szlak był całkiem w budowie! Na szczęście udało się przejść bokiem. Dalsza droga była już całkiem spokojna, choć był i moment, kiedy naprawdę nie chciało się dalej iść i marzyliśmy o jakiejś komunikacji. Dotrzeć do końca jednak się udało i nawet na obiad w czeskiej knajpie się załapaliśmy, mimo, że było po 16 :)

Ostatni dzień przed Sudecką miał z założenia być prosty miły i przyjemny. Pojechaliśmy więc na (sic!) Zakręt Śmierci i przez Wysoki Kamień wybraliśmy się w stronę Kopalni Kwarcu Stanisław. Do samej kopalni jednak nie doszliśmy, na tylko skupiliśmy się na przyjemnym spacerze, że gdzieś umknął nam czas i zawróciliśmy wcześniej, by nie spóźnić się na umówione spotkanie z Przemkiem, który przyjeżdżał na Sudecką pociągiem, ale już do samej bazy miał pojechać z nami - my też chcieliśmy zawczasu zarejestrować się, by móc w sobotę dłużej pospać przed startem.

Jesienne 360

Chronologia jest przereklamowana, więc w pięknych okolicznościach niedzielnej pogody warto napisać o wczorajszych Jesiennych 360.

Co prawda opis trasy nabierze więcej sensu jak pojawią się oficjalnie mapy, skanowanie 3 arkuszy A3 i potem ich sklejanie, kiedy można mieć nadzieję na oryginalne mapy zniechęca :)

<edycja>
Mapy już są :) Przedstawiamy więc nasz ślad.
Jak widać na śladzie można by było mieć zastrzeżenia do PK4, PK9 oraz PK38. Winny jak sądzę głównie wiek map.

</edycja>
Imprezy Teamu 360 podobają się nam od pierwszego startu, na zeszłorocznych Wiosennych 360.
Blisko Warszawy, trasy rozstawione precyzyjnie, gdzie się da wykorzystanie map do BnO, pozwalających poszaleć z rozstawianiem PK. I serdeczna, kameralna atmosfera (choć Organizatorzy pewnie chętnie widzieliby więcej uczestników na starcie). Nie do przecenienia jest też możliwość spędzenia obu nocy wokół imprezy we własnym łóżku.

W tym roku impreza (jak w zeszłym roku) była połączona z rajdem przygodowym Lenie w Terenie, organizowana też w podobnej okolicy niedaleko Siedlec, nad Liwcem. I fajnie - bo i lasów tam sporo i mokradełek (w tym roku jednak podeschniętych), a nawet górki się znajdą jakieś, o co na Mazowszu niełatwo. Baza zlokalizowana została w gospodarstwie agroturystycznym, zajmującym się także wynajmem kajaków http://kajaki-liwiec.pl/ - reklama zamierzona, bo miejsce bardzo nam się spodobało. Na miejsce dotarliśmy pół godziny przed startem, ciut później niż planowaliśmy, ale całkowicie wystarczająco by zameldować się w Biurze, dopiąć numery startowe do plecaczków, wysłuchać (albo i nie) odprawy i odebrać mapy. Start jednocześnie odbywał się dla nas, czyli trasy P50, jak i rowerowej R100, więc było całkiem tłoczno.
Tradycyjnie zakręciliśmy się na starcie i puściliśmy rowery przodem, jako jedni z ostatnich opuściliśmy więc bazę ruszając na pierwsze punkty. Zasadniczo trasa nie zapowiadała się na skomplikowaną - łączona była z rowerową, więc punkty stały "rowerowo" - na drogach lub niedaleko w głąb lasu. PK6 i PK7, od których zaczęliśmy były widoczne z daleka, dojście do nich było też "rowerowe" - drogami lepszej lub niekoniecznie lepszej jakości. Do PK11 po raz pierwszy zdecydowaliśmy się "ciąć" po polach. Te nadawały się do przekraczania lepiej lub gorzej - tak pora, że można mieć szczęście i trafić na rżysko, mniej szczęścia - na pole już zaorane i miękkie, albo najgorzej na oziminę, którą dobrze obchodzić. Też na tym odcinku, podchodząc na punkt od łąki mieliśmy pierwsze spotkania trzeciego stopnia z jeżynami, jakie to będą nam jeszcze wielokrotnie się zdarzać. Bo warto zauważyć, że lasy w tych okolicach zasadniczo są dobrze przebieżne - o ile nie ma w nich jeżyn. Wtedy nadal są przebieżne, ale bardziej krwawo.
Od PK11 poszliśmy do drogi na południu i dalej wzdłuż niej. Wychodząc z lasu usłyszeliśmy nawoływania. Pierwsza intuicja - nasi w lesie szukają PK. Ale im bardziej wychodziliśmy tym mniej wydawało się to realne - bo zaczęliśmy rozróżniać słowa. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy może ktoś wpadł w skrzyżowanie bagna z jeżynami idąc na azymut, ale jak tylko wyszliśmy z pomiędzy drzew sprawa się wyjaśniła - na łące stał człowiek z trzema krowami na łańcuchach, a czwarta zażywała wolności. Nasza znajomość terminologii anatomicznej zyskała na tym odcinku sporo, za cenę niewinności, jeśli jakaś jeszcze była.
do PK 4 droga była długa, ale prosta, sam PK udało się nawet idealnie namierzyć na azymut. Co prawda opis "kopczyk" może pasował do mającej ze 40cm. wysokości górki, ale charakterystyczność punktu chyba bardziej kojarzyła się z będącym tam skrzyżowaniem ścieżek.
Na tym punkcie spotkaliśmy Macieja i Jakuba (imiona oczywiście sprawdzone na liście startowej :) ), z którymi mijaliśmy się już i będziemy się mijać właściwie do końca pierwszej pętli.
Na PK5 wystartowaliśmy w nieco inne kierunki, ale już przy wyjściu z lasu drogi się nam zbiegły. Do grupy dołączyła również Magdalena - druga z kobiet na trasie P50 - co nas nieco zdziwiło, gdyż spodziewaliśmy się, że jest przed nami. W Ziomakach zostaliśmy zawołani przez gospodarza "Chodźcie tędy i przez pola w tamtą stronę!" ale nie skorzystaliśmy z propozycji, mając nadzieję, że uda się więcej drogi pokonać chodnikiem, niż przez łąki - potencjalnie podmokłe (taa, a susza to co?).
Pozostała trójka wysforowała się przed as, ale ostatni odcinek zamiast drogami poszliśmy na szagę przez las - i PK podbiliśmy pierwsi.
Most w Niwiskach/Kisielanach był nam znany z poprzedniego roku - na mapie Kisielany-Bale stało kilka PK z zeszłorocznych Jesiennych. Rok wcześniej łąki nad Liwcem były tak mokre, że nie dało się nic ścinać, tym razem jednak sytuacja była zupełnie inna - po rekonesansie najbliższego PK kanałku i łąki - suchych prawie - poszliśmy na skróty. Tą samą decyzję podjęli Maciej z Jakubem, Magdalena pobiegła jednak dookoła przez wieś. Udało się nam na tym zyskać trochę czasu, bo spotkaliśmy ją na asfalcie już odchodząc od PK34, kiedy ona szła dopiero go zebrać. Aktualność mapy BnO wycięła nam figla, bo idąc ścieżką w stronę PK21 natknęliśmy się na płot... Jak widać Kisielany się rozrastają i niedługo ten fragment mapy będzie całkiem nieaktualny. Na razie co najwyżej trzeba było nieco obejść działkę czy dwie. Do 37 jeszcze szliśmy nieomal w czwórkę, ale już od tego punktu odeszliśmy nieco inaczej (machnąłem się o jedną przecinkę i nadrobiliśmy ze 150m ekstra. Mimo to przy PK36 byliśmy równo z Magdaleną, a Macieja z Jakubem spotkaliśmy kiedy oni szli na - a my z najpierw PK 32 a potem PK 38.
Zasadniczo punkty na mapie BnO w tym roku - pewnie ze względu na rowerzystów - były wyjątkowo proste i trochę szkoda potencjału jaki daje wykorzystanie takiej mapy. Ale i tak PK 37 na źródle był świetnie umiejscowiony a pozostałe również dawały możliwość, by poszaleć nie trzymając się dróg i ciąć na azymut - ale nam wyszło że nie zyska się tak wiele wcale a można stracić, jeśli się by machnąć na kierunku.
PK 14, przedostatni na tej pętli był o tyle trudny, że dużo dosadzono lasów w okolicy i nie zgadzały się kształty roślinności i drogi na mapie z terenem. Ale punkt znalazł się dość szybko - też dzięki sporej frekwencji i nawet obsadzie sędziowskiej chyba :)
Do PK 15 droga była prosta i mocno asfaltowa, co dało się odczuć w nogach. Przed samym punktem dogoniła nas czwórka osób z trasy P25. I usłyszeliśmy miłe słowa podziwu, że aż 50, poczułem się tak, jak może czują się "setkowicze" kiedy my z kolei wyrażamy swój podziw dla ich wytrwałości.
Potem już tylko powrót po drugą mapę został. Wahaliśmy się czy iść dookoła, bo to sporo dodatkowej trasy, więc kiedy przy krzyżu wypatrzyliśmy ładną drogę idącą na skróty - poszliśmy bez większego wahania. Niestety droga szybko przestała być ładna i trzeba było znów zapoznawać się dokładniej z jeżynami i pokrzywami - dobrze że założyliśmy spodnie turystyczne zamiast getrów. Mimo tych trudnych warunków udało się niemal idealnie trafić tam, gdzie planowaliśmy i przez mostek dotarliśmy do bazy po prawie 6h na trasie pierwszej pętli.
Mapy wzięliśmy, szybko przebrałem się w lżejsze, suche ciuchy (pogoda była wyśmienita) i wyszliśmy na drugą pętlę. W pewnym momencie miałem wrażenie, że widzę Mateusza siedzącego w kącie - ale aż tak szybko? Patrząc na wyniki - chyba nie miałem jednak złudzeń, bo kiedy my ruszaliśmy na drugą pętle, dwa pierwsze miejsca na podium były już obsadzone!
Idąc w stronę Męczyna spotkaliśmy Macieja i Jakuba idących w stronę bazy - całkiem nieźle udało się nam chyba jednak zaoszczędzić czasu tnąc przez lasy i łąki na ostatnim odcinku. PK16, pierwszy na trasie jest oficjalnie zwycięzcą konkursu na świecenie z oddali - wypatrzyłem go przez drzewa jeszcze z Męczyna - z odległości ok. km. Dotarcie do niego nie było jednak aż tak oczywiste, za sprawą jeżyn oczywiście w lasku. Od PK odeszliśmy w stronę Skupii, ale dość szybko odbilismy do asfaltu i Dąbrowy - lepsza droga. Wahaliśmy się, czy do PK9 iść przez pola, czy dookoła, ale w oczy wpadły nam dwie osoby idące/biegnące od tego PK na skróty - więc się da :) Tradycyjnie już dokładny kształt lasu odbiegał od mapy, więc i położenie PK nie do końca pasowało - ale lampion znaleźliśmy bez problemu i straty czasu. Idąc dalej, DK37 przecięliśmy w ogóle nie idąc wzdłuż niej - za to zapuszczając się w pole naprzeciwko, wyjątkowo aromatyczne. Tak w połowie doszliśmy do wniosku czemu - musiało wcześniej tego dnia zostać polane obornikiem!
Było to nowe doświadczenie, ale co robić - łatwiej iść dalej niż się wracać. Do PK18, a właściwie pod las, za którym był punkt szliśmy dość mocno po azymucie, omijając tylko pola wyraźnie pokryte oziminą. Większość pól - dla naszej wygody była albo na etapie rżyska, albo na etapie wybronowanego po orce, więc już równiejszego do chodzenia. Pod lasem spotkaliśmy dwóch rowerzystów, których numerów nie spamiętałem. Punkt zaliczyliśmy razem - w gąszczu leśnym rowery bardzo tracą przewagę prędkości nad pieszymi.
Kolejne przejście to największy (choć nieduży) błąd nawigacyjny - zaplanowaliśmy sobie kolejność 18-43-49-30-19, chcąc przejść tą idealnie prostą drogą z zachodu na wschód... Tak, tą linią która jest elementem siatki...
Zorientowaliśmy się przy samym PK43, nie miało więc specjalnie sensu zmienianie planu na tym etapie. Na nasze szczęście przejście na azymut z 49 na 20 było w znacznej części dobre - na łące posadzono młodnik, a wzdłuż niego, niedaleko linii siatki szła droga. Co prawda w samym lesie z PK20 i PK19 ilość jeżyn i bardzo kiepska widoczność dróg sprawiła nam sporo kłopotów (no bo przecież jak można było nie iść na azymut, to tylko 400 m...) Zwłaszcza, że te mazowieckie "górki" po Muflonie to właściwie pomijalne i koncepcja szczytu ciut się nam wypaczyła.
Gdzieś w tej chwili pojawił się lekki kryzys - mamy w nogach już ponad 40km a jeszcze nie zdobyty najdalszy punkt drugiej pętli - czy damy radę? Dwukrotne zmierzenie odległości - 19km, niecałe 4h - na styk... Ale próbujemy! Niby najprościej byłoby ominąć PK 28, ale to decyzja bardzo wcześnie, więc decyzja alternatywna, idziemy na komplet, zobaczymy co najwyżej co z ostatnim - PK8. Mniej na nim da się czasu zaoszczędzić, ale może wystarczy. Spotykamy też tutaj robiącą przeciwny wariant Magdalenę - to pocieszające, bo znaczy, że pętla powinna być krótsza niż pierwsza! Plus z mapy wygląda, że prostsza nawigacyjnie część jest przed nami - pod większość punktów dochodzi się dużymi drogami. PK28 zbieramy razem z tymi samymi dwoma rowerzystami co PK 18 (niemal na pewno, w kaskach jakoś wszyscy rowerzyści są do siebie podobni ;) )
Przy PK26 spotykami pieszego uczestnika idącego przeciwny wariant - późno już i dużo drogi przed nim, ale uśmiecha się - i to najważniejsze. Na punkt skręcamy o przecinkę za wcześnie, jednak dziewicze jeżyny każą się zastanowić - na pewno nie przewaliło się tędy kilkadziesiąt osób! Właściwa droga jest 50 metrów dalej, więc pewnie doszlibyśmy w to samo miejsce, ale przedeptem wygodniej.
Powolutku zaczyna się odczuwać bliskość zachodu słońca, idziemy więc dalej - PK47 to ostatni stojący na uboczu od drogi i dobrze będzie go znaleźć za jasności. W okolice docieramy jak jest całkiem dużo światła, ale zmęczenie daje znać, przechodzę obok punktu o maksimum 10 metrów nie widząc lampionu - dobrze że jest nas dwoje, bo Agnieszka nie daje się nabrać i lampion wypatruje bez problemu. Do PK 17 teoretycznie ważniejszymi drogami. Teoretycznie, bo po skręceniu w stronę lasu już okazuje się, że ta droga jest w zaniku i mamy problem by wytropić, gdzie wchodzi w las. Od drugiej strony byłoby dużo łatwiej. Mimo kłopotów, lampion znajdujemy jeszcze bez światła własnego, choć potem wyciągamy czołówki - las gęsty a droga nierówna i do granicy lasu idziemy ze światłem. Już wcześniej zerkałem na zegarek ale w tym momencie czuję się lekko zszokowany - do mety około 5km, a my mamy prawie dwie godziny! Jak dobrze, że w chwili kryzysu nie ominęliśmy PK28, teraz byłoby za późno na skruchę i powrót :)
Mimo to do PK 8 wybieramy wariant krótszy, choć nieco ryzykowny - drogą na wprost prawie na północ nad Męczynem - Kolonią do ostatnich zabudowań i linii energetycznej, a potem na azymut do sąsiedniej drogi. Wariant wychodzi świetnie - linia nadal istnieje, za to zaznaczone przy lasku gospodarstwo to już same fundamenty - nie ma więc problemu z przeciskaniem się po nocy przez lub tuż obok zabudowań. Sam punkt miał być przy krzyżu - my krzyża nie widzieliśmy, ale skrzyżowanie cieku wodnego z drogą jak najbardziej. Ostatni odcinek był już formalnością. Nagle okazało się, że mamy jeszcze całkiem sporo sił, na tyle, że kiedy w zasięgu wzroku była baza, najpierw nawiązaliśmy komunikację świetlną z samochodem - on na nas długimi, to my na niego latarką, a potem końcówkę pokonaliśmy biegiem.

W bazie już było pusto. Na trasie za nami były ostatnie 3-4 osoby, ale też prawie godzina limitu. I na mecie nie było jeszcze Magdaleny! Niby nie startujemy dla rywalizacji, ale jakoś miło czuć, że wysiłek włożony w trasie przekłada się na efekt.
Nie można też zapomnieć o wdzięczności dla Organizatorów za świetną atmosferę na mecie, o fantastycznej zupie, idealnie rozgrzewającej w już coraz chłodniejszym powietrzu, ogniu płonącym w kominku we wiacie, czy też domowej produkcji serze kozim, jaki można było zakupić od Gospodarzy. Aż się nie chce zbierać, ale czeka droga do domu, a zmęczenie daje o sobie znać coraz mocniej. Tym niemniej adrenaliny i emocji starczyło, by całą drogę prowadzić bez przysypiania.

Do zobaczenia na Wiosennych 360 :) My będziemy!

wtorek, 18 września 2018

Grand Prix Polonia

Wyjazd w Sudety miał już dużo silniejsze związki z InO.
Plan był prosty - zaczynamy delikatnie startem w Grand Prix Polonia w BnO. Ja z ambitnym planem nie bycia ostatnim w swojej kategorii wiekowej, Gusia z planem dobrej zabawy na trasie Open. Na miejscu oczywiście nie mogło zabraknąć towarzystwa, choć niestowarzyszonego tym razem.
Teren zapowiadał się dość ciężko - do tej pory tylko zeszłoroczny Wawel Cup to były górki - a przecież nieporównywalne z Sudetami. Najważniejszym więc planem było się dobrze bawić!


 Dzień pierwszy i drugi odbywał się w Jakuszycach, po dwóch stronach drogi do przejścia granicznego. Pierwszego dnia start M35 i większości kategorii wiekowych odbywał się po wschodniej stronie trasy. Już na samym początku można było się przekonać, z czym przyjdzie walczyć na trasie - podmoknięte zbocza obsiane mniejszymi i większymi kamieniami oraz opadłymi gałęziami - prawdziwy bieg przełajowy. A ścieżki widoczne tylko symboliczne. Do PK1 miałem trochę szczęścia, bo lampion schowany za kamieniem wypatrzył zawodnik ze skróconego M21, ale okazało się, że punkt jest mój. PK2 był względnie prosty, potem próbowałem biec trawersem, ale jeszcze się tego nie nauczyłem, więc zniosło mnie w dół mocniej niż przypuszczałem. Już tutaj trafił sie punkt z wodą - mimo, że dopiero co był start skorzystałem, później się zresztą to przydało. Do PK3 dobiegałem z Grzegorzem K, ale wariant dalej chyba na wspólny PK4 wybraliśmy inny - ja górą, on od dołu - ja nie ufając już swojej umiejętności oceny wysokości.
Wariant mój okazał się całkiem prosty nawigacyjnie, za to o przejściu na PK5 wolałbym zapomnieć. Zakręciło mnie jakoś tak, że pobiegłem ze złej strony ogrodzenia (chcąc drogami ominąć górkę i skałki), a kiedy już próbowałem się zorientować, wpadłem w torfowisko jak widać prawie po pas. Zamiast patrzeć na mapę zająłem się fotografią i koniec końców efekt jak widać - prawie pełne kółeczko i to powolne bardzo.
Biegnąć po PK5 na wschód przyciągałem zdziwione spojrzenia, chyba żadna trasa nie miała takiego wariantu w nawet mało optymalnej opcji trasy :) Ale przynajmniej zwolniłem i na spokojnie wziąłem kolejne trzy punkty oraz wybiegłem prosto na drugi punkt odżywczy - tu już z przyjemnością pochłonąłem zawartość dwóch kubeczków wody!
Na PK8 minąłem lampion o włos, ale na szczęście nie kosztowało mnie to zbyt dużo czasu. Potem aż dziwne, że między PK9 a PK10 ominąłem szczyt góry Kocierz, bo tak ładnie moja trasa łapie tam ekstra przewyższenie... Za to nawigacyjnie było łatwiej, a i ciemnozielony kolor był dobrze uzasadniony.
Zbiegając do PK11 omal się nie wywróciłem - na jakimś kamieniu złapał mnie skórcz najpierw w jednej, a potem drugiej łydce, do PK12 bardziej więc szedłem niż biegłem. Przejście pod drogą korytem strumienia było zbawieniem! Mało rozsądnie jednak zamiast od rzeczki, próbowałem złapać PK13 na skróty - nieszczęśliwy pomysł, bo kamieni większych i mniejszych było całkiem sporo i jak widać na śladzie zarzuciło mnie konkretnie - spora strata na sam koniec i zupełnie niepotrzebna. Na szczęście potem już bez komplikacji (poza skórczami wtórnymi) dotarłem na metę, gdzie Aga czekała na mnie dzielnie broniąc przed mrówkami ciasta dla mnie zdobytego!


 Drugiego dnia ściganie działo się w całości po wschodniej stronie szosy. Trasa miała być krótsza - i była, ale za to w ciekawszym jeszcze terenie. Opowiadał o nim nawet przed startem Andrzej K. - który teren znał z poprzednich zawodów (choć akurat ten fragment mapy miał mieć swój chrzest bojowy dopiero teraz).
 Sam start był całkiem sympatyczny i nie zapowiadał późniejszych kłopotów.
PK1 i PK2 poszły bezproblemowo, przy PK3 zapędziłem się nieco za daleko, znów przechodząc przy wiszącym w zagłębieniu tuż nad ziemią lampionie (czy nie ma jakichś zasad każących wieszać lampiony na rozsądnej wysokości nad ziemią?) PK4 wygląda niewinnie, ale umieszczony był w zagajniczku niskich, gęstych iglaków - między którymi przebieżność była niezła, ale widoczność - koszmarna. I tak całkiem szybko udało mi się na niego trafić. PK5 dzięki polance był dobrze widoczny, ale to PK6 dał mi dużo zadowolenia, bo czesało go sporo osób, a ja wyszedłem na niego całkiem sprawnie i w pełni świadomie orientując się po przebieżności.Okolica PK8 była mi znana po  poszukiwaniach PK13 z dnia poprzedniego. A potem się zaczęła rozrywka na wspomnianym nowym terenie.  Zaznaczone "jeziorka" to całkiem porządne bagienka w terenie i przeprawa pomiędzy nimi przypominała zabawę w łosia. Natomiast jakakolwiek nawigacja była dla mnie abstrakcją i kiedy znalazłem się po drugiej stronie. nie miałem pojęcia gdzie jestem. Widać to zresztą po poszukiwaniach PK9, w których zresztą nie byłem sam. PK10 to kolejne przejście tuż obok lampionu bez zauważenia go i czesanie bezsensowne na północny wschód od PK. Na szczęście na 11 było łatwo dojść, natomiast to, co wydarzyło się potem nie wiem jak wyjaśnić. Trzymałem się kompasu ale jak widać szedłem znacznie za daleko na zachód, kończąc nad rzeczką, gdzie stał PK13. Ale nawet znalezienie tego punktu nie pomogło za dużo, bo po podmokłym terenie kręciłem się w kółko sam nie wiem jak długo. Raz wpadłem na dwóch chłopaków, ale ci spytali tylko "czech?" jak odpowiedziałem, "polska", odwrócili się i pobiegli. Poczułem się dyskryminowany, ale udałem się w kierunku, skąd wyszli i był tam punkt.
Znalezienie po raz drugi PK13 było trudniejsze niż za pierwszym razem, ale się udało. Ciąg dalszy już upłynął bez większych przygód, poza koniecznością przezwyciężania wielkiej demotywacji, jaką były gigantyczne straty na ostatnich punktach. Na mecie wynik nie był niespodzianką - ostatnie miejsce z 11 minutami straty do przedostatniej osoby i 65 min. do zwycięzcy. I kwadransem niecałym do końca limitu czasu... Aż się przestawało chcieć startować trzeciego dnia!
Mimo wszystko jednak trzeciego dnia też się wybraliśmy. Najlepsi mieli tego dnia start w formule pościgowej, ale w gronie znajomych dotyczyło to głównie Andrzeja K, będącego drugim w swojej kategorii (z 12s straty do 3 miejsca i 42s do 4). Start był wyjątkowo inspirujący, bo będący podbiegiem o 65 m do PK1. Jako że zapomniałem włączyć rejestracji, robiłem to akurat idąc pod górkę i żartując z młodzika obok, że jeśli poziomnice byłyby co 10m, to do PK1 mielibysmy z głowy ponad połowę planowanego na całą trasę przewyższenia. Ale nie było aż tak dobrze/źle (niewłaściwe skreślić) - przewyższeń pod dostatkiem zostało na dalszą trasę.Zasadniczo dzień ten był nawigacyjnie najlepszy dla mnie. Dyskusyjne może być skracanie sobie drogi z PK4 na PK5 przez szczyt góry, ale jako, że bieganie szło mi tak sobie, pomyślałem, że lepiej nadrobić dystansem niż wyciskać z siebie siódme poty biegnąć dookoła. Sprawdziło się to całkiem nieźle, bo zaoszczędzone siły wykorzystałem pokonując truchtem prawie cały dystans na PK6.
Kolejne punkty na Bobrowych skałach wymagały odrobiny czesania i obchodzenia, ale nie były zbyt trudne. Zakręciłem się tylko schodząc na PK10, być może dlatego, że wpadłem na zawodniczkę z trasy Open, która szukała w tej okolicy swojego punktu... który był między moim PK12 a PK13. Chwile zajęło mi przekonanie jej, że naprawdę jest tak daleko, więc na dobry uczynek zrzucam winę za szukanie drzewa nie tam, gdzie trzeba. Do samych torów czyli PK15 trasa układała się jak trzeba. Na PK13 w sumie co prawda trafiłem dzięki szczęściu, bo źródełko było właściwie suche, ale za to dawało piękną okazję, by lampion umieścić poniżej poziomu gruntu. Porażką największą - ale w sumie niewielką i tak było minięcie PK16 od północy i znalezienie innego lampionu - było tu ich całkiem sporo. PK17 stał mało szczęśliwie, bo w najbardziej zaśmieconym dole, jaki widziałem na trasie. Czy naprawdę trudno było przesunąć go np. na skrzyżowanie obok albo nawet zebrać te śmieci w worek? Troszkę wstyd wobec tylu zawodników.
Na mecie już czekała Agnieszka, opalając się na trawniczku stadionu. Zdecydowaliśmy się zaczekać, choć niestety Andrzej K. stracił podium o niecałe pół minuty, ale za to Małgorzata K. zajęła drugie miejsce odrabiając na 2 i 3 etapie stratę kilku minut do tego miejsca.

Na koniec pożegnaliśmy się z wracającymi już do Warszawy znajomymi i wróciliśmy cieszyć się resztą dnia i czekającą nas drugą połową urlopu!


poniedziałek, 17 września 2018

Rowerowe wakacje 2018



Blog jest InOwy bardziej niż ogólnoturystyczny, ale nie byłby pełny, gdyby nie zamieścić na nim krótkiego sprawozdania z rowerowego urlopu. W tym roku startem był Czarnocin, a w planach podróż wzdłuż wschodniej granicy. Cała trasa przekroczyła nieco 750 km, posiłki jedzone były zarówno w restauracjach jak i przydrożnych barach, najdroższy nocleg stanowił 14-krotność ceny najtańszego, odkryliśmy znów kuchnię wschodnią a po raz pierwszy - schroniska PTSM.

Początek był zaplanowany jako relaksacyjny - przejazd do Solca-Zdroju i tam relaks w znanych nam Basenach Mineralnych. Po drodze, na ryneczku w Wiślicy dosiadł się do nas niemłody, siwowłosy rowerzysta. Trochę pogadaliśmy i przyznał, że właśnie wraca z wycieczki weekendowej z Jaworzna do Sandomierza - nam szczęki opadły, bo to przecież bite 200km. A tutaj w sobotę w jedną, a w niedzielę powrót. Ale kiedy potem zaczął opowiadać, jak to poluje na tanie bilety lotnicze i pakuje rower i jeździ np do RPA czy też na zakaukazie... Efekt trochę się rozmył w morzu innych szoków. Ludzie potrafią być niezwykli - nawet spotykani na rynkach małych masteczek...
Relaks w Solcu udał się idealnie - nie ma jak ciepłe wody siarczkowe na zmęczone mięśnie. I bardzo smaczne posiłki w uzdrowiskowych knajpkach. Dla kompletnej odmiany, dzień po to nocleg pod namiotem nad Zalewem Chańcza i kolacja z piwem i zapiekanką na polu namiotowym.
Kolejnego dnia zawarliśmy bliższą znajomość z Green Velo, któremu pozwoliliśmy się prowadzić aż do Sandomierza. W Sandomierzu udało się nam znaleźć kapitalny nocleg - podlegający pod Informację Turystyczną przy samym rynku, za komentarz jak było fajnie niech robi zdjęcie:
Wieczorem poszliśmy na obiad na Rynek, gdzie złapała nas gigantyczna burza. Mimo, że przeczekaliśmy w knajpce - najpierw pod parasolem, potem we wnętrzu - najgorsze to potem kolejna fala zagoniła nas do Lapidarium - knajpki pod ratuszem, którą polecamy gorąco - znów zdjęciem:)
Za Sandomierzem zgodnie z planem pojechaliśmy na północ - nie zagłębiając się za mocno w Roztocze (ach te górki). Jak zwykle - okazało się, że jest to szlak kulinarny wyjątkowo. Przy moście w Annopolu zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze, zachęceni dużą ilością parkujących TIRów - i się nie rozczarowaliśmy. Szczerze polecamy ten niewyględny bar przejeżdżającym głodomorom!

Najedzeni wyruszyliśmy w stronę Opola Lubelskiego i leżącej kawałek na północ wsi Pomorze, gdzie mieliśmy spędzić noc. Muszę powiedzieć, że miejsce - agroturystyka "u Michasi" nas oczarowało. Wielki teren, z dala od cywilizacji, przepiękny ogród i wszystko pod opieką niemłodego już małżeństwa. W tym roku w ogóle spotkaliśmy całkiem sporo osób, które pokazywały, że życie nie kończy się z przejściem na emeryturę!
Ogród w agroturystyce "u Michasi"
W kolejny dzień droga poprowadziła nas przez Puławy, które znane są nam z wcześniejszych wyjazdów z młodzieżą. I z Herbaciarnię Czartoryską w parku - z pysznymi kawami, herbatami i ciastami, a jako że to był dzień moich urodzin, bez tortu nie mogło się obejść. Za Puławami postanowiliśmy skorzystać z sieci szlaków rowerowych po otulinie Zakładów Azotowych - w związku z remontami torów jednak odcinek ten przypominał nieco RJnO :)
 A i widoki były ciekawe ->

Dotarliśmy jednak mimo trudnych piaszczystych warunków do celu podróży, czyli  campingu Zielona Dolina w Kośminie. Okazało się, za camping urządzony jest nad Wieprzem w parku przy dworku Kossaków! I powiązany jest z inicjatywą lokalnego stowarzyszenia - popularyzacją turystyki kajakowej na Wieprzu.

Jako, że dobry kajak nie jest zły, a akurat dnia kolejnego rano byli ludzie umówieni na spływ, podczepiliśmy się pod transport kajaków i sami spędziliśmy przedpołudnie płynąc 20km mini- spływik z powrotem na camping. Na więcej nie chcieliśmy sobie pozwolić, bo trasa dalsza czekała - choć tym razem krótka - do Kocka. Po drodze mieliśmy trudne chwile, bo już na dojeździe, kiedy dawaliśmy z siebie wszystko na górkach remontowanej DK48 i byliśmy na skraju zsiadania z rowerów i prowadzenia, z naprzeciwka pojawiły się pielgrzymki - wplatające między pieśni pozdrowienia dla "turystów na rowerach" I jak w takich warunkach odpuszczać? Nie wypada!
Ale na miejsce dojechaliśmy wymęczeni równo, po raz drugi na tym wyjeździe powodując panikę - jak to z rowerami do hotelu?? Ale jednak się udało i nawet czas na zwiedzenie parku przy Pałacu Jabłonowskich (aktualnie DPS) i pizzę w minipizzerii znaleźliśmy.

 Z Kocka dalsza droga poprowadziła nas do Łosic. Z drogi zapadła mi w pamięć najbardziej miejscowość o nazwie "Krzesk Królowa-Niwa" - bardzo jestem ciekaw jej pochodzenia! A poza tym droga mijała bez większych emocji, za to na miejscu czekało nas pierwsze spotkanie z instytucją schroniska PTSM. To w Łosicach chyba nie jest typowym przedstawicielem, jako że zamieszkane jest głównie przez gości zza wschodniej granicy, najpewniej pracujących w okolicy - a wydawało mi się, że takie przeznaczenie nie jest do końca zgodne z ideą PTSM. Z drugiej strony, wielu turystów pewnie tam nie bywa, więc zawsze to sposób na wakacyjne dochody dla internatu szkolnego.
Łosice zresztą (podobnie jak i Kock) wywarły na nas dość smutne wrażenie, miast ciut zaniedbanych i omijanych przez remonty i inwestycje, choć wrażenie w przypadku Łosic częsciowo rozwiał zalew, pięknie urządzony i gdzie po raz pierwszy w zyciu widziałem czarne bzy jednocześnie mające owoce jak i kwiaty (na jednym krzewie!). Wielkie wrażenie zrobił też na mnie pomnik pamięci Żydów z okolic, wymordowanych w czasie holokaustu w Treblince.

Kolejny dzień przyniósł zmianę nastroju - bo wjechaliśmy na Podlasie. A te okolice jakoś zawsze nas nastrajają pozytywnie. Też przyniósł ze sobą powrót na Green Velo, przynajmniej na jakiś czas. Wyjątkowo klimatyczny też był wjazd w Podlasie - promem w Mielniku.
Mielnik zresztą urocze miejsce, z platformą widokową na dawną kopalnię kredy i ogólnie turystycznym charakterem.


Rogacze - cerkiew
Dubicze Cerkiewne - cerkiew
W dalszej drodze Green Velo nawiązaliśmy też nową znajomość, wyprzedzaliśmy właśnie innych rowerzystów, kiedy zagadali i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że to dwójka z Włoch - facet z córką, podróżujący przez cała Europę na daleką północ, oraz prowadzący w Leżajsku warsztat rowerowy facet z synem - Włosi zatrzymali się u niego z problemem z rowerem, a on zdecydował, że właściwie może zamknąć warsztat na weekend i im potowarzyszyć. Taki impuls! Jakiś czas jechaliśmy razem, ale ponieważ my planowaliśmy dłuższą trasę, oderwaliśmy się od nich jadąc w przód - co nie było łatwe, bo Podlasie piękne jest, ale drogi to mają (...), nie wiem co myśleli ludzie wytyczający Green Velo po kocich łbach i polnych piaszczystych drogach równanych gąsienicami. Zęby można było stracić, ale za to trafić na skarby takie jak cerkiew w Rogaczach

Solianka
Nie, żeby u celu naszej podróży - w Dubiczach Cerkiewnych było mniej uroczo. Cerkiew z daleka świeciła świeżo remontowanymi "cebulami" i odmalowanymi ścianami. A nocleg tym razem był w prawdziwym schronisku szkolnym - z łóżkami wstawionym do sal lekcyjnych, kącikiem kuchennym w kolejnej sali itp. Wszystko pod opieką nauczycieli.
Było nam bardzo miło tam nocować, przyjemnie, swojsko i wygodnie. Do tego przy trasie w Dubiczach trafiliśmy na miejsce wybitne - bar serwujący kuchnię rosyjską czy białoruską, w którym jedzenie było bajecznie smaczne.
Nie wiem, czy nie lepsze niż w rosyjskiej restauracji w Bornem Sulinowie, gdzie pierwszy raz zetknęliśmy się z ichniejszą kuchnią.

 Mnóstwo emocji zapewniła nam też pogoda. Jak wyszliśmy z knajpy - było pochmurno. Dwie minuty później kapnęła kropla, potem druga, trzecia i trzydzieści sekund później byliśmy przemoczeni do suchej nitki, jakby ktoś wylał na nas wiadro wody!



Z Dubiczy Cerkiewnych droga prowadziła w najdalszy na północ punkt naszej podróży - Zalew Siemianówka. Jako, że w linii prostej nie jest to daleko, zawinęliśmy sobie trasę przez Białowieżę. Po co? Zobaczyć żubry? Nieeee, tam też jest fajna knajpa z kuchnią rosyjską! A po wyjechaniu z Dubiczy niespodzianka - na ścieżce rowerowej znów Włosi! Jednak tym razem sami - polska część ekipy musiała zawrócić do pracy. Żal aż, że nie wymieniliśmy się kontaktami :(
Hajnówkę minęliśmy niemal bokiem, potem chcieliśmy zajrzeć do cerkwi na Uroczysku Krynoczka, ale okazało się, że jest na terenie wojskowym i wstęp tylko w czasie mszy za zgodą władz wojskowych. Potem jeszcze znaleźliśmy informację o zamknięciu części Green Velo - jak przystało na szlak międzynarodowy dostępną tylko po polsku. Ale do Białowieży dojechać się dało - tylko powrót zapowiadał się objazdem.
W Białowieży tłok wszędzie. Knajpa zabawna, bo wystrój jak w eleganckich restauracji, a format obsługi jak w barze na plaży - zamówienia przy barze, numerki wywoływane przez mikrofon, plastikowe naczynia. Ale jedzenie dobre, choć do baru z Dubiczy jeszcze trochę brakuje.
Już jadąc nad Siemianówkę w Narewce spotkaliśmy rozmownych turystów jadących z naprzeciwka, wymienilismy się więc opiniami na temat drogi. I okazało się, że też spotkali Włochów, którzy ominęli Białowieżę jadąc prosto na północ. Jak widać zwracają na siebie uwagę :)

Łosinka - cerkiew przy drodze
Plutycze
Nad Siemianówką czekało na nas gminne pole namiotowe i chudy wieczór, gdyż liczyliśmy na jakiś sklepik bądź bar - a ten był czynny do 18... Za to zjechały się co najmniej trzy czy cztery grupy na rowerach więc zrobiło się tłoczno i wesoło. Tam podjęliśmy chyba ostatecznie decyzję, że powrót będzie z Małkinii pociągiem, idealnie bo pod sam dom. Trasę akurat na pół podzielił nam Suraż. I jako nocleg pole namiotowe w Centrum Turystyki Aktywnej Bajdarka - miejsce absolutnie fantastyczne, które możemy polecić każdemu.Co prawda pierwszy raz w życiu widziałem na polu namiotowym koedukacyjny prysznic tylko z zasłonkami, ale cóż...
Po drodze mijaliśmy remontowaną cerkiew w Łosince - bardzo dziwną jak dla mnie ze względy na okolumnowane portyki (tak się chyba to nazywa?) - pierwszy raz widzę takie przy cerkwii!
A w dalszej drodze niesamowite wrażenie zrobił na nas przejazd przez Plutycze - cała miejscowość niemal złożona jest z pięknie utrzymanych drewnianych domów. Powolny przejazd rowerem wzdłuż głównej ulicy pozostawia niezapomniane wrażenie.

W każdym razie wieczór spędzony w Bajdarce, z kuflem piwa nad brzegiem Narwii - fantastyczny!

Ostatni dzień to już była trochę formalność, tereny już bardziej mazowieckie czyli płaskie, drogi spokojne. Ale nawet tu nie obyło się bez ciekawych niespodzianek. Np. dowiedzieliśmy się, że Wysoka Mazowiecka nie jest na Mazowszu, a na Podlasiu. A jak ktoś lubi ciekawostki związane z nazewnictwem miejscowości powinien zainteresować się obszarem między Łapami a Czyżewem. Takiej ilości dwuczłonowych nazw nie widziałem nigdzie! I to członów ciekawie odmienionych od imion, np. Moczydły-Jakubowięta, Moczydły-Stanisławowięta, Stawiereje-Michałwięta itp...
Ale wszystko co dobre się kończy więc dotarliśmy w końcu do Małkinii, gdzie jak się okazało wcale nie jest łatwo znaleźć dworzec. Jednak w końcu znaleźliśmy, kupiliśmy bilet i wróciliśmy do domu... na 18 godzin, przed wyjazdem w Sudety!


Świętokrzyskie słońce - podejście drugie.

Oficjalne rozpoczęcie urlopu w tym roku to zdecydowanie start na Świętokrzyskiej Jatce.
Miejsce to samo co rok temu, pogoda również podobna, no ale na wynik liczyliśmy tylko lepszy - w końcu nabraliśmy doświadczenia... Ambitnie i w dobrym humorze podążyliśmy na start, gdzie jak rok temu pojawiła się Pani Wójt życzyć powodzenia uczestnikom. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się podoba to, jak serdecznie i teraz i rok temu byliśmy witani w Czarnocinie, aż szkoda, że podobno przyszłoroczna edycja ma się przenieść kawałek dalej.
Tradycyjnie rozdanie map chwilkę wcześniej i planowanie (mapa i nasz track na 3D Rerun). Zasadniczo układ punktów stosunkowo prosty i decyzja jedna - początek od dołu czy od góry mapy. Wcale niełatwa decyzja ale wygrywa Kozubowski Park Krajobrazowy i opcja spędzenia najgorętszego czasu w ciągu dnia pod drzewami. Jeszcze tylko ostrzeżenie, że na ścieżce do PK17 leży truchło dzika i wonieje... I dodatkowa uwaga, że punkt żywieniowy nie jest jednym z PK a tym samym jest opcjonalny (ale leży niemal przy drodze między PK więc...
W każdym razie start minął i ruszyliśmy w drogę do PK25. Mimo wczesnej pory asfalt grzał, więc skorzystaliśmy dość szybko z wariantu polnego. Co prawda na polu też grzało, no i już na tym etapie nadrobiliśmy sporo dystansu wariantem, bo nie trafiliśmy na drogę, jaką chcieliśmy iść i obeszliśmy łukiem na każdy możliwy sposób.

Sam punkt - super miejsce! I choć przebijanie się przez mirabelkowy przerośnięty sad - drapiące i wonne bardzo.
Kolejny punkt poszedł bardzo przyjemnie, droga była nieskomplikowana a punkt stojący tak bardzo na widoku, że bardziej się nie da:
W dalszej kolejności nadłożyliśmy nieco drogi, przechodząc przez punkt żywieniowy - może nie tak wyrafinowany jak zeszłoroczny, ale bardzo przyjemnie umieszczony i sympatycznie prowadzony. Kolejny PK wydawało się, że będzie bardzo prosty, ale trochę za wcześnie zaczęliśmy szukać i zamiast iść drogą prawie do punktu, przedzieraliśmy się przez zarośla w jarach wokół grodziska. Nawigacyjnie wyszliśmy idealnie, ale strata czasu była. Wychodząc pod las spotkaliśmy pracującego na ciągniku rolnika, który aż zgasił silnik, by się dopytywać, czy nie trzeba wskazać nam drogi! Bardzo było nam głupio powiedzieć, że mamy dopiero za lasem czegoś szukać... Ale i tak było to miłe!  W każdym razie do PK13 dojście było raczej proste, choć szukać zaczęliśmy za wcześnie i trochę czasu to nas kosztowało znów. Przy PK11 przeszlibyśmy z kolei obok lampionu, gdyby akurat nie podbijał go drugi zespół (z którym mijaliśmy się już do końca prawie) - las były jeszcze spory kawałek dalej na północ, a nie zwróciliśmy uwagi na poziomnice, które pasowały idealnie do miejsca z lampionem.
Do PK 9 wariant był mocno drogowy, choć podmokły, stąd niewielkie nadłożenie drogi - za to punkt fajny znów - w jarze (w tym roku coś co PMNO to jary i wąwozy... co za rok!)
Największa chyba wtopa nawigacyjna to był PK15. Prawie do samego końca szło dobrze, po czym zaplątaliśmy się "o jeden dom za blisko", gdzie na naszą obronę układ zgadzał się naprawdę nieźle! A że dom był opuszczony to i drogi w kiepskim stanie nie dziwiły. Na szczęście w końcu machnęliśmy ręką i poszliśmy dalej - spotykając ekipę Sergiusza, z którym to jakoś całkiem często zdarza nam się gdzieś na rajdach mijać. Razem punkt musiał ulec i dał się znaleźć całkiem szybko. Ale do myślenia nam dało, że tutaj spotykamy ludzi idących z naprzeciwka, a było już zdecydowanie po połowie limitu! Bez wahania więc zrezygnowaliśmy z PK17, nie tylko z powodu padłej dziczyzny, ale bo usłyszeliśmy, że nie jest łatwy do odnalezienia.
PK20 większości zespołów sprawiał problemy, my namierzyliśmy się od trafo przy drodze i trafiliśmy tak sobie. Ale na szczęście dość szybko połapaliśmy się, że szukamy za blisko łąki z rozjaśnienia i poszliśmy we właściwe miejsce. A punkt był jednocześnie na widoku i schowany:

Dla wyjaśnienia - stoi na samym końcu długiego grzbietu między dwoma wąwozami, z prawie pionowymi ścianami z każdej strony. Prawie skyrunning, by go zebrać!
W Dzierążni zrobiliśmy sobie krótki postój na zakup lodów i napoi z lodówki. Do PK24 szliśmy w miarę spokojnie drogami - znaleziony był on bez większych problemów.
A w Miławczycach z kolei spotkała nas strasznie miła sytuacja, kiedy zbierający na polu ogórki ludzie, życzyli nam powodzenia i poczęstowali świeżymi ogóreczkami. Oficjalnie chcemy podziękować nie tylko za te ogórki ale i za niesamowity ładunek energii, jaki dostaje się przy takich pozytywnych emocjach!
Niestety żaden ładunek emocji nie cofnie zegarka. Zdecydowanie już byliśmy pod kreską z czasem, więc trzeba było kontrolę strat prowadzić. Albo idziemy po 28, może 30 (ale trudno, bo przez pola), albo po 30 i potem może 31 i 29. Wybraliśmy wariant 2, ale już idąc w stronę PK30 zorientowaliśmy się, że bardzo łatwo będzie przekroczyć limit idąc gdziekolwiek dalej... Wróciliśmy więc na metę bez pięciu PK, ale też i z zapasem półgodzinnym - irytującym, bo niewiele brakowało, aby czasu starczyło na jeszcze jeden PK!

Na miejscu w gościnnych murach hali spędziliśmy jeszcze jedną noc, ale okazało się, że bardzo niewiele osób wybrało taki wariant, mimo odbywającego się na drugi dzień oficjalnego zakończenia imprezy, nie wspominając o losowanych nagrodach. Aż przez chwilę sami rozważaliśmy wyprowadzkę, aby nie nocować samemu, ale jednak trochę osób zostało więc i my.
Zakończenia na Świętokrzyskiej i rok temu i teraz są bardzo przyjemne. Pojawiają się ludzie miejscowi, angażujący się w organizację i fajnie im pokazać, że to się docenia. Przy okazji udało się poznać jedno sekretne źródło tego zaangażowania ale o  tym ciiii ;) W końcu sekretne!

A po zakończeniu oficjalnie rozpoczął się etap pierwszy urlopu - rowerem przez Polskę :)


niedziela, 16 września 2018

Urlop 2018 - prolog

Tegoroczny urlop zanosił się od początku na wyjątkowy. A to za sprawą zmian w przepisach, które wreszcie uregulowały szkolne dni wolne, a w efekcie dały nam długi, bo prawie miesięczny urlop!
Wzorem zeszłego roku postanowiliśmy zacząć go od podróży rowerem, a tą jak wiadomo najlepiej z kolei otworzyć pieszą 50tką.
W zeszłym roku trafiło na Cobrę, w tym - na Świętokrzyską Jatkę.
Czarnocin od Karnieszewicz różniła jednak odległość od najbliższego dworca PKP, tu czekało nas w piątek jeszcze ekstra 40km w pagórkowatym terenie.
Aby dało się to zrealizować z pracy wyszedłem wyjątkowo wcześnie i złapaliśmy pociąg nieco po 12 z Warszawy. A przynajmniej tak miało być, bo koniec końców na Centralnej pojawił się prawie o 13. Za to bezproblemowo znaleźliśmy wieszaki na rowery i miejsce na sakwy, których jak co roku wyszło całkiem sporo. Niestety - spóźnienia pociągów mają tendencję rosnącą, więc w końcu na miejscu - w Miechowie - wylądowaliśmy półtorej godziny niż planowaliśmy. Aby dojechać na spokojnie przed zmrokiem, czasu wcale nie było więc tak dużo. A co może warto wspomnieć, wszystkie te biegi i marsze i lenistwo wrodzone sprawiły, że na rowery to my wsiedliśmy wcześniej może kilka razy - a tu dwunastodniowa podróż z bagażami...
Na szczęście podróż do Czarnocina w znaczej części udała się drogami bocznymi całkiem spokojnie. Do myślenia dał nam tylko odcinek skrótu - najpierw asfaltowego ale potem polnego, po kórego kilkuset metrach rowery wyglądały tak:


Cóż... współczuliśmy trasom rowerowym (choć jak się okazało, oni wrócili rowerami znacznie czystszymi!)
Na miejscu jeszcze tylko sprint do właśnie zamykanego sklepu, wyczajenie miejsca na znanej już sali gimnastycznej i rozbicie obozu.
Przypadkiem w sumie okazało się, że obóz ten rozbiliśmy po sąsiedzku do ruszającego niebawem na setkę Przemka - zbierającego siły drzemką. Chcąc jeszcze choć na drogę pomachać, czas do północy wytracaliśmy obserwując zaćmienie księżyca, oraz bardzo jasny Mars, przy okazji zdarzyło się też nam zobaczyć na boisku polną myszkę.
Telefony komórkowe nie są stworzone do fotografii zjawisk astronomicznych :(
Start setki tym razem był mniej kameralny (rok temu startowały tylko trzy osoby), za to cała odprawa odbyła się za zamkniętymi drzwiami, więc o północy zobaczyliśmy tylko wybiegającą i rozbiegającą się w różnym tempie grupę zapatrzoną w mapę, poszliśmy więc spać :)

sobota, 11 sierpnia 2018

50 na 50 na 50+

Pisanie jakoś nam ustało na dłuższy czas, ale jako, że nie zna się dnia i godziny, kiedy pojawi się wena, do pisania wracamy przy okazji Czarnej Kobry. Po tym, jak rok temu zaczęliśmy nasz urlop właśnie tym rajdem, ponosząc sromotną klęskę w wynikach ale mając wspaniałe wspomnienia, nie mogliśmy odpuścić tegorocznej edycji.
Dzięki luźniejszej pracy w szkole udało się nam urwać wcześniej, unikając zwyczajowego korka na wylocie z Warszawy, mając też czas na tradycyjny przy wyjazdach w kierunki zachodnie postój w Chełmnie. Nigdzie indziej niż w "mieście zakochanych" gofry nie smakują tak dobrze :)
Mimo przestanku na bazę zajechaliśmy jako jedni z pierwszych. Miejsce piękne, na uboczu miejscowości, z wielkim terenem, wiatkami i oczywiście mnogością strzelnic - na czas zawodów nieczynnych na nasze szczęście - bo kto wie gdzie taki szukający PK może wleźć?
Baza stopniowo się zaludniała, przyjechała też reszta Stowarzyszonej ekipy. Celowo schowaliśmy się w kąciku, aby dać szansę świadomym groźby chrapania znalezienia odpowiednio dalekiego miejsca - ale masochiści jednak rozłożyli się tuż obok. Cóż, założyłem że jakby co to będę kapcie odrzucał w nocy :) Ta jednak minęła bez latającego obuwia...
Rano przyjemny był brak konieczności robienia samemu śniadania, choć nie wiązało się to z kosztami. Przypuszczam, że konieczność opłaty za ten posiłek wynikała z potrzeby uiszczenia opłaty za nocleg i była próbą pogodzenia obowiązku zapewnienia uczestnikom miejsca do spania w warunkach turystycznych wynikającą z regulaminu PMnO oraz bezpłatnego startu.
Może warto w regulaminie uwzględnić taki przypadek - że dla imprez z bezpłatnym wpisowym wymogi na świadczenia będą niższe?
No ale to już nie od nas zależy, czy takie zmiany wprowadzać.

Po jedzeniu spokojnie można było jeszcze się zebrać i zdążyć na odprawę, odbywającą się tuż przed budynkiem PZŁ, która była wyjątkowo medialna - pojawiła się nawet ekipa telewizyjna! Ale na szczęście udało się uniknąć nagrania (chyba). Dostaliśmy mapy (A3 na "niezniszczalnym" papierze - połowa arkusza była mapą właściwą, na drugiej były rozjaśnienia wszystkich PK) i oficjalnie wystartowaliśmy. Jak w zeszłym roku tak i w tym punkty były rozrzucone w sposób, który nie zdradzał od razu wariantu optymalnego. Ale wiadomo było, że początek albo na północ albo na południe. Zaznaczone przy PK8 mokradła zasugerowały nam wariant w którym ten punkt zostawiamy na koniec. Do PK11 szło się właściwie stadnie, punkt prosty, nic nie zapowiadalo późniejszych komplikacji. Minusem takiego startu była dłuuuga prosta na kolejny PK.
W Wyszeborze, wbrew ostatnio przyjętej zasadzie "ŻADNYCH SKLEPÓW!" odżałowaliśmy kilka minut na zakup lodów. Ale może dzięki temu PK14 nad jeziorkiem trafiliśmy bezbłędnie - obiecujący start zupełnie jak rok temu... PK 7 też jakoś całkiem spokojnie. Kolejna decyzja była nieco kontrowersyjna, zdecydowaliśmy się zebrać PK3 przed PK4. Było to o tyle fajne, że tnąc przez łąki w Policku trafiliśmy na kilka pięknych miejsc, zabudowań chyba agroturystycznych ozdobionych malunkami. Na trójce zrobiło się towarzysko, bo za sprawą młodnika bukowego punkt właściwie nietrudny okazał się podstępny i ambitny do znalezienia. Do tego wyjątkowo perfidnie był lampion ukryty od tyłu ułomka pnia, choć po znalezieniu skarpy był dokładnie tam, gdzie być miał. Czwóreczka z kolei wskoczyła z marszu i przez most udaliśmy się po dwa zarzeczne PK. Na moście spotkaliśmy bardzo zadowolonego ze spotkania nas innego uczestnika, który troszkę się chyba zaplątał w terenie. I właściwie mijaliśmy się z nim aż do PK9, w większości nadrabiając nieco precyzją nawigacji to, co "konkurent" nad nami nadrabiał lepszą formą.
Zresztą punkty te były raczej towarzyskie, przy PK13 spokaliśmy dwie osoby, przy PK22 całą grupkę rowerzystów, troszkę wcześniej za mocno na wschód szukając dwunastki.
PK 9 był punktem przełomowym, tam uświadomiliśmy sobie, że nie damy rady zebrać kompletu. Niby punkty w większości były dość łatwe do znalezienia, ale każdy kosztował minimum kilka minut, a dzień wyjątkowo jakoś nie sprzyjał podbieganiu. W tym momencie nasz wariant okazał się bolesny, bo jedyna możliwość skrócenia trasy oznaczała opuszczenie aż pięciu PK (prosto na PK16)
No ale tak zrobiliśmy, lepiej niż być nieklasyfikowanym...
PK16 udało się znaleźć bez większego stresu, a podobno był niełatwy, ale kolejny - PK18 nam - jak i wielu innym przysporzył sporych kłopotów. W trakcie wstępnych poszukiwań, chyba nawet mignęły nam gdzieś w oddali Niepoślipki, a w końcu trafiliśmy już bliżej punktu na parę Tomasz i Barbara - ale nie tą co zazwyczaj w zeszłym roku - a z Bydgoszczy i Poznania. Razem chwilę czesaliśmy, w końcu jednak wpadłem na pomysł, by odnaleźć róg linii energetycznej i odbić się od niego - i to okazało się strzałem w dziesiątkę - na punkt weszliśmy idealnie.
W dalszą drogę ruszyliśmy już osobno, choć na dojściu do PK 17 szosą nie sposób nie było nie spotkać się ponownie, ale na koniec wariant "ataku" przyjęliśmy inny - nasz najwyraźniej mniej skuteczny, bo punktu szukaliśmy tak długo, że nie dość, że trzeba było przerwać szukanie to jeszcze odpuścić PK15 - licząc na proste dojście do PK21. I chyba zmęczenie połączone z dawką frustracji spowodowało, że gdzieś poszliśmy w niewłaściwą stronę i zamiast w okolicy PK21 wylądowaliśmy... w Dzierżęcinie. Kolejna strata czasu i już tylko chęć dotarcia w limicie niezależnie od ilości PK pozostała - deja vu z zeszłego roku. Mijanie PK21 asfaltem bolało fizycznie, choć słuchając potem opowieści, można było na tym PK utopić mnóstwo czasu. PK2 już nawet nie próbowaliśmy, właściwie można było wykorzystać limit spóźnień, ale jest taki moment, kiedy wola walki słabnie i już nie ma takiej motywacji. Ale PK8 się udalo wziąć, choć nawet tam już zrobiliśmy błąd nawigacyjny, a ja w pewnym momencie zauważyłem, że... nawiguję bez mapy. Do tej pory nie wiem, co się z nią stało, mam nadzieję, że jednak jest biodegradowalna.

Na samym finiszu wyprzedziła nas zwyciężczyni kategorii K i skręciła trochę za wcześnie - a my za nią - zamiast prosto do ośrodka to dookoła. Chyba ona całkiem obiegła strzelnicę, my jednak zawróciliśmy dochodząc do wniosku, że miała być furtka a nie błotniste łąki - i okazało się, że kawałek dalej faktycznie była!

O tym, jak byliśmy zmęczeni niech świadczy fakt, że o ile na prysznic sił starczyło, to o tym, co było na posiłek regeneracyjny dowiedzieliśmy się rano, bo jak na chwilę położyliśmy się odpocząć, to nagle okazało się, że już "dzień po"

Zasadniczo impreza po raz kolejny nas przeżuła i wypluła, a my kolejny raz będziemy twierdzić, że organizacyjnie jest to jedna z najfajniejszych "pięćdziesiątek" jakie znamy. Trudna nawigacyjnie, ale dopracowana, co widać po czasie zwycięzcy i całej czołówki - precyzyjna nawigacja pozwalała trafiać na punkty idealnie - tak właśnie były rozstawione. Bardzo dobrze, że znalazła się osoba, która przejęła organizację (edycja 2017 była ostatnią, którą przygotowywał poprzedni budowniczy trasy), liczymy, że kolejny rok poziom będzie dalej wysoki, a nasze umiejętności pozwolą nam wreszcie odnieść sukces!

PS - mapa na http://cobra.js1373.pl/index.php/wyniki-mapy-zdjecia/
zdjęcia i track przepadły po pechowej (de)aktualizacji oprogramowania telefonu :(

PPS
Skąd tytuł? Bo to 50tka, na której miałem (Michał) numer startowy 50 i wzięliśmy nieco ponad 50% PK :)