poniedziałek, 26 czerwca 2017

O wyższości demokracji i pracy zespołowej - 15 ZnO Grassor

Kiedy pierwszy raz przeczytałem o Grassorze i formule, w jakiej jest realizowany, zapałałem olbrzymią chęcią pojechania właśnie tam. I to jak najszybciej. Było to jeszcze przed naszym pierwszym startem w PMnO i - przynajmniej dla mnie - Grassor był jednym z powodów, dla których zacząłem chodzić TP50.

Wpisałem w kalendarz, nie biorąc pod uwagę takiej możliwości, że coś może nam w wyjeździe przeszkodzić. Ale jak to zazwyczaj bywa, coś się pojawiło - Agnieszce wyjazd służbowy. Taki też dla przyjemności, ale mimo wszystko służbowy.
Nie powiem, chwilę mi zajęło zaakceptowanie faktu, ale się pogodziłem, że sprawdzić się z Grassorową formułą będę mógł dopiero za rok. Niby pojawiła się myśl, żeby pojechać samodzielnie, ale przecież wszystkie PMnO chodzimy razem. Wyłom w tym myśleniu powstał sam nie wiem kiedy, po Rajdzie 4 Żywiołów jednak wróciłem do tego pomysłu. Gula zresztą mnie zachęcała, zachęcające było również duże Stowarzyszowe towarzystwo wybierające się na zawody. Kiedy jeszcze Tomek zgodził się po mnie wyjechać do Stargardu głupio było się wycofać. Decyzja ostatecznie zapadła właściwie na ostatnią chwilę, skutkując wysokim wpisowym niestety i to bez gwarancji powrotu do domu z medalem pamiątkowym. Na ostatnią chwilę kupowany bilet kolejowy uszczęśliwił mnie jeszcze dopiskiem "Nie gwarantuje miejsca siedzącego" czy jakoś tak.

Generalnie mam teraz wrażenie, że trochę było ostrzeżeń, że to nie będzie wyglądało tak, jak bym chciał. A chciałem ambitnie. Po 4 żywiołach nabraliśmy wiedzy, jak sobie radzić z mokrą trawą, deszczem i innymi atrakcjami. Zwłaszcza, co znaczą one dla butów. Tam startowałem w swoich butach szosowych, przyjemnych i miekkich, ale baaaardzo chłonących wodę. Więc zdecydowałem się zabrać drugie buty, na taki cel kupowane Runnegade Asicsa. Wprawdzie przy pierwszym noszeniu obtarły mnie nieco zapiętkiem, niestety paskudnie przeszywanym, ale potem było tylko lepiej i spokojnie 15km GP Mazowsza dało się w nich pobiec bez strat - więc spodziewałem się, że dadzą radę.
Tak wyposażony stwierdziłem że będę szedł ambitnie, biegał z górek i ogólnie postaram się zrobić życiowy czas.

Sama podróż upłynęła całkiem przyjemnie - mimo braku rezerwacji miejsca trafił się na wschodnim wolny stołeczek rozkładany na korytarzu. Rozsiadłem się więc wygodnie. W czasie drogi i korespondencji z jadącymi samochodem Stowarzyszami zostało potwierdzone, że jedziemy z Pawłem jednym pociągiem, ale że miałem dobre miejsce a korytarze były ciasne, nawet nie myślałem, by się przeciskać i go szukać - bez gwarancji równie dobrej miejscówki :)
Ale w pewnym momencie widzę nadchodzącą znajomą postać. Paweł dopchał się do mnie, minął i chciał iść dalej :) Musiałem nieźle się zakamuflować! Ale ujawniłem się i zapewniony o dużo lepszych warunkach w ostatnim wagonie zmieniłem miejcówkę na ostatni wagon. Chyba trzeba wymienić się numerami telefonu z większą ilością osób! Reszta podróży pociągiem minęła od razu szybciej. Na miejscu zdzwoniliśmy się z Tomkiem, który zadeklarował się zabrać też Pawła bagaże, a ponieważ mieliśmy chwilę czasu zlokalizowaliśmy najbliższy punkt dystrybucji napojów rożnych na stacji paliw. Mieliśmy sporo czasu na zakupy, bo Tomek zdecydował się w trybie rowerowym na wizję lokalną terenu zawodów :)
Kiedy dojechał, to jako że się rozkropiło spakowaliśmy rower Pawła do samochodu i wyruszyliśmy do bazy w komplecie. Na miejscu reszta ekipy okupowała sekretariat, uniemożliwiając jego zamknięcie na noc przed przyjęciem nas i zarejestrowaniem. Wtedy dostałem to (i kartę startową ale tego nie ma na zdjęciach):

Potem można było z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udać się do sali gimnastycznej, przygotować legowisko i oddać się aktywnościom towarzyskim. Jednym przykrzejszym momentem była próba wzięcia prysznica - bardzo zimnego a akurat z klubem morsów mi nie po drodze :(

Jak to prawdziwy mężczyzna na wyjazd spakowałem się starannie, w związku z czym rano w Reptowie tylko po kolei liczyłem o czym nie pomyślałem. Właściwie to mi wyszło nawet, że nie mam w czym startować bo nie wiem na jakiej podstawie licząc na pogodę wziąłem tylko koszulkę z Dymna i polar - lekki ale kompletnie niepraktyczny na jakikolwiek deszcz. Koniec końców uratowali mnie organizatorzy oferując dodatkowo płatnie rajdowe koszulki. Wydawały się dość drogie, ale w miarę wyglądania za okno cena robiła się coraz bardziej atrakcyjna. I przyznaję, że koniec końców zakupu nie żałuję :)
Poza tym miałem nie dostać medalu, więc przynajmniej będzie jakaś pamiątka...

Przyszykowałem sobie wszystko na drogę - jedzenie, picie, latarki - no waga plecaka chyba przekroczyła dopuszczalną dla bagażu podręcznego :) Zabrakło kobiecego racjonalnego spojrzenia najwyraźniej. Ale przynajmniej potem miałem co jeść w chwilach zwątpienia - sześć 25g czekolad robi swoje!

W każdym razie wybiegam naprzód...
A tu należy jednak po kolei iść. A na początku musi być start. Na który udałem się zadowolony, spakowany, przy czym 3 min przed startem uświadomiłem sobie, że zostawiłem świetnie sprawdzającą się na poprzednim PMnO czapeczkę 4 Żywiołów i okulary - więc sprint z powrotem na salę gimnastyczną. Mapę dla mnie odebrała Basia - DZIĘKI - pierwsze ale nie ostatnie za tego Grassora!.

Chwila na spojrzenie na mapę - że tym razem aż 22 punkty było wiadomo wcześniej - mi to się spodobało, bo dłuuugie przebiegi dają więcej okazji żeby się zgubić. Ale też bardzo dużo punktów od razu widocznych. I dla mnie dwie rozsądne możliwości żeby zacząć - od PK1 albo PK2.

Basia z Tomkiem wybrali PK1, ja zdecydowałem się na PK2. Jak się okazało zarówno organizator jak i 99% uczestników wybrało tak jak oni, więc w drodze do PK2 towarzyszyła mi chyba tylko trasa TP25. Przyznam się, że powód mojej decyzji był bardzo prozaiczny. Późny start stwarzał obawę, że w przypadku komplikacji zaczepi się o zmierzch, koniec limitu o 01:30 jakby też sugerował taką możliwość, a ja samotnie idąc w lesie po zmroku nie czuję się komfortowo. W kierunku PK2 las zaczynał się po niecałym kilometrze, a na PK1  - porządnych kilku i dało się ten dystans jakby co wydłużać. Argumentacja pozostałych osób opierała się o podmokłe tereny na punktach 2-4 - która rzeczywiście nie była bez znaczenia dla mojego wyniku końcowego.

W każdym razie wchodząc w las uświadomiłem sobie że kolejną rzeczą o której zapomniałem było coś na komary. Zabrane oczywiście, jest w plecaku, ale kurcze, stado TP25 za plecami - się zatrzymam to jak to będzie wyglądać :P A komary nieliczne, więc można będzie popsikać się na punkcie. Na tym odcinku zebrałem więc jedyne swoje ugryzienia na trasie, później preparat spełnił swoją rolę i kłopotów nie było.
Na punkcie spotkałem Stowarzyszową reprezentację na TP25 przerysowującą punkty. Dla mnie nic tu nie było nowego, co dało mi dużą przewagę nad krótszym dystansem - nie musiałem na punkcie nic rysować. Idąc na PK4 bez wątpliwości co do drogi (ale prooooste te punkty) spotkałem dwóch bardziej miejscowych kolegów z trasy TP25, też idących na PK4 więc kawałek drogi pokonaliśmy razem. Na tym odcinku po raz pierwszy dały o sobie znać rozbieżności mapy z rzeczywistością. Wszystko idealnie się nam zgadzało póki słupek działowy nie udowodnił nam, że jesteśmy o kwartał za blisko. W tym momencie koledzy postanowi iść na północ a ja byłem pewien, że lepiej będzie najpierw przejść na zachód i dopiero na kolejnej granicy kwartałów iść na północ. Najwyraźniej jednak tej granicy nie było widocznej specjalnie, bo zaczęły mi się kanałki przypominające te z mapy i zdecydowałem się ciąć na północ na przełaj - mocząc oczywiście buty. Wyszedłem niemal idealnie na punkt, nie widząc tego jeszcze niestety, a w tym miejscu mapa chyba miała jedne z większych rozdźwięków  z rzeczywistością - staw z mapy okazał się lasem, a punkt zaznaczony na polu naprawdę jak w opisie rogiem maleńkiego stawu. Tu po raz ostatni widziałem wspomnianych kolegów z TP25 - dzięki za wspólnie spędzony kawałek trasy!

Na PK4 też nic mi się nie wyjaśniło w temacie punktów, same wysokie numery więc byłem już całkiem pewny, że ich większość będzie na południu. Więc udałem się na PK3 - tam musiało coś wreszcie być!
Z mapy nie wyglądało mi, czy na pewno drogi przechodzą nad zaznaczonymi - w naturze dość szerokimi i niezbyt przyjemnymi - kanałami, spróbowałem wybrać dłuższy wariant - dłużej większą drogą, a potem prosto w prawo na PK3. Nawigacyjnie proste - jedna droga z lewej i tuż za nią w prawo - wcześniej jeszcze jedna w prawo ale wyraźnie na mapie nie dochodząca do głównej. Ale tylko na mapie, do tego również mająca swój odpowiednik po lewej - było niby nieco bliżej niż myślałem, ale może jestem taki zajebisty i mam takie tempo ;)
Koniec końców znalazłem więc ambonę za zakrętem drogi - ale oczywiście nie tą. Za blisko załamania. Poszedłem więc dalej drogą, aż do mokradeł, które uświadomiły mi mój błąd. Wtedy już bez wielu myśli dodatkowych wróciłem do złamania drogi i stamtąd poszedłem na 3.
Ten punkt umieszczony był pięknie, wysoko, z ławeczką - luksus przy przerysowywaniu punktów, które wreszcie okazały się należeć do mojej trasy. Minusem było to, że mokre drewno to coś, po czym runnegade się ślizgają bajecznie. Tu pierwszy raz poczułem pierwsze symptomy otarć w okolicy pięt. Przy spotkałem też innego uczestnika, ale minęliśmy się tak szybko, że nawet nie spojrzałem, czy to TP25 czy może dłuższy dystans - następne rajdowe twarze zobaczyłem dopiero na PK8. Od tego miejsca miałem dobrą passę. Myślę, że przebieg między po kolei PK3 -> PK7 -> PK10 -> PK14 -> PK11 niespecjalnie odbiega od wariantu optymalnego. Nawet krótkie dystanse podbiegałem. Tu też zauważyłem, że aplikacja GPSowa w telefonie coś niedomaga - więc bardzo przyzwoicie pozbawiony byłem nawet informacji o przebytej odległości czy prędkości średniej. Ale mimo to poziom zadowolenia był bardzo wysoki
Poziom zadowolenia wysoki jak widać :)
Nawet na zachwycanie się kwiatem ostu był czas!
 Przejście do PK8 powinno być formalnością.
Ale nie było. Mam wrażenie, że punkt stał zdecydowanie za daleko na północny-zachód. Idąc od PK11 zauważyłem że pięknie prosta na mapie linia to gazociąg, więc miejsce, gdzie przetnie drogę powinno być idealne do namierzania się i tak zrobiłem, profilaktycznie jednak odbijąc od namiaru na północ - na wszelki wypadek.  (ślad GPX mówi, że się mylę i namierzyłem się od złego punktu na gazociągu choć na dobry azymut - niewielka pociecha)

Okazało się, że wszelki wypadek był za mały. Punktu szukałem 45 minut, przechodząc wzdłuż rzeki skarpę kilkukrotnie - górą i dołem, ale mimo wszystko nie dość na północ. Kiedy w końcu w akcie desperacji poszedłem na północ, obejrzawszy się za siebie zobaczyłem widok taki:

No fotograf ze mnie kiepski ale połowę duetu B&T widać :)
W takim towarzystwie punkt został znaleziony w rekordowym tempie, sugestia "przez rzekę w bród krócej" też mi się bardzo spodobała i faktycznie na PK 20 poszedłem na skróty przez Płonię:

mijając kilka zespołów robiących to samo w przeciwnym kierunku. Ogółem Tomek z Basią byli drugim zespołem, jaki minąłem idącym w kierunku ujemnym, więc bardzo wysoko mogłem szacować ich rezultat już wtedy.
Na kolejnych przejściach mijałem kolejne zespoły. PK20 nie był problemem, zrobił też na mnie wielkie wrażenie:

Nieco mniejsze wrażenie zrobił na mnie fakt przypięcia lampionów i perforatora do Pomnika Przyrody. Niby może i kora gruba, zszywki nie powinny zrobić problemu, ale naprawdę obok było dość drzew, które mogłyby być lampionami ozdobione.
Kolejny odcinek do PK18 (który spodziewałem się, że będzie ostatnim punktem na zachód - słusznie) był bardzo przyjemny zarówno nawigacyjnie jak i krajobrazowo:

Przed samym punktem z kolei spotkałem "koalę":
A za punktem, kiedy zatrzymałem się zarzucić kurtkę bo lunęło, drogę w odległości może 5m przeciął mi wolnym krokiem lis. W odróżnieniu od "koali" całkiem zwyczajny ;-D

Na sam punkt z kolei prowadziła stroma ścieżka, na której jak nigdzie do tej pory doceniłem kołki w podeszwach runnegade'ów. I wejście i zbiegnięcie było bezproblemowe, a raczej byłoby, gdyby nie to, że tu gdzieś zacząłem naprawdę dotkliwie odczuwać pięty. Ale cóż - połowa drogi więc wracać nie ma co, trzeba iść dalej i się oszczędzać. Tu miałem wybór - albo  iść na PK16 albo na PK17. Wybrałem PK17 licząc, że to ostatni punkt na południe a potem będzie można kierować się na znaną mi już 15 i 5. Niestety się myliłem i jak tylko zobaczyłem PK19 wiedziałem z PK16 będę musiał się wracać. Na punkcie żywieniowym szybki kawałek arbuza, energetyk i przez PK21 w stronę PK19 (i w sumie niezbyt motywująca informacja od obsady punktu, że niektórzy idący zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara mówili coś o ponad 30km już na liczniku). Zamiast wracać przy PK17 postanowiłem ciąć do linii energetycznej na wprost. I z grubsza się to udało mi, świetna sprawa, kiedy na mapie zaznaczone są słupy linii, nie ma problemu z określeniem miejsca, gdzie się wyszło. Potem na azymut najpierw do drogi pożarowej przy strumieniu, a potem dalej do szlaku. Wprawdzie symbole szlakowe jakoś nie odpowiadają rzeczywistości ale wyszedłem niemal dokładnie gdzie chciałem. Potem szukanie ukrytego głazu zajęło mi więcej czasu, niż się spodziewałem, choć odchodząc od punktu nie wiedziałem, jak przegapiłem idący do niego wydeptany szlak...

Niestety przejście na azymut przypieczętowało los moich stóp. Wychodząc na szlak utykałem równo i nie miałem pojęcia co zrobić, aby było lepiej. Na jakiś czas ulgę przyniosło mi wydarcie z leżącego przy drodze chyba obrusu fragmentów tkaniny i użycie ich jako "izolacji" między butem a nogą. Dodatkowo na tym punkcie dało znać o sobie zmęczenie - najprawdopodobniej przerysowałem punkt z trasy rowerowej, nie zrobiłem też zdjęcia lampionu, co robiłem na początku na większości punktów. W rezultacie zamiast na prostą 9 niemal po azymucie poszedłem szukać rowerowej 10 zaznaczonej przy kawałku "poprawionej drogi" Ewidentnie na tym odcinku dopadł mnie kryzys. Do "PK10" (a przecież 10 już odbiłem!) doszedłem błądząc równo, dobrze, że to wyraźna i solidna droga była. Przeszukałem wszystkie szczyty górek i w akcie desperacji wykonałem "telefon do przyjaciela" czyli B&T, a raczej SMSa z panicznym pytaniem czy mają może zdjęcie okolicy PK10. Na szczęście w sumie dla mojej uczciwości akurat raczyli się spaghetti na mecie co dało mi czas by ochłonąć i świadomie odpuścić ten punkt idąc na znaną mi 15. Tu po drodze miałem swoje najciekawsze leśne spotkanie, w końcu nazwa zespołu zobowiązuje... Już minąłem pierwsze zabudowania Śmierdnicy, już zostałem obszczekany przez pierwsze psy wiejskie, kiedy przydrożna kępa krzaków zachrumkała na mnie! Tym razem już jednak zareagowałem nieco spokojniej, zatrzymałem się, odchrząknąłem, najwyraźniej będąc dobrze zrozumiany, bo młody dzik (pokazał w całej okazałości) cofnął się kilka metrów w głąb lasu i dał mi spokojnie przejść. Nić porozumienia została nawiązana. A całe zdarzenie jakoś pomogło mi wrócić w rytm. Kiedy doszedłem do PK15 odpisała Basia próbując dojść o jaki ja punkt właściwie pytam, PK10 czy może PK9, ale wtedy już miałem je poprawnie do spisania z PK15. Natomiast biorąc pod uwagę stan nóg i powoli robiącą się późną godzinę świadomie odżałowałem PK9 i będący również na południu PK13 na rzecz próby dojścia za jasności do bazy a minimum wyjścia z lasu.
Dalsza droga była właściwie bez znaczących wydarzeń. Cały czas po lesie niosła się muzyka jakiejś imprezy plenerowej z oddali. PK12 stojący w krzaczorach dał się znaleźć bezproblemowo. Do PK5 prowadził najpierw nasyp, a potem wydeptana w trawie ścieżka, choć i bez niej jego znalezienie nie było problemem. Potem chyba ze zmęczenia poszedłem nieoptymalnym wariantem 5 -> 6 -> 22 -> 6, przy czym PK6 znalazłem dopiero kiedy wziąłem namiar z nie tego skrzyżowania co powinienem - więc coś mi się nie do końca podoba z jego położeniem - ale w sumie zajął mi 5 minut. Choć mimo obolałych pięt nadal odcinki biegałem - w końcu było już po 21...
Ślad GPS ujawnił, czemu miałem problem z PK6 - problemem było złe zaznaczenie PK5 i zupełnie niepotrzebnie dorysowany nasyp - skany map 1:10000 z Geoportalu potwierdzają, że nasypem idzie właśnie ta droga, która zaznaczona jest na mapie oryginalnej, co widać po śladzie (dobrze dopasowanym do mapy):
Dla osób idących z naprzeciwka oczywistym wariantem 6 -> 22 -> 5 nie robi wielkiego wrażenia, ale przy moim dziwnym i nieoptymalnym wariancie spowodowało, że namierzałem się na punkt z błędnego skrzyżowania - mimo że wg mapy szedłem na te poprawne - tylko że w rzeczywistości o jedną drogę na południe za daleko.

PK22 był właściwie formalnością a potem długa prosta w kierunku PK1 i bazy.
Przy lapidarium już na tyle byłem uspokojony że przeczytałem nawet tabliczkę informacyjną - miałem w końcu czas... I wyszło na to, że złamałem zasady - po 21 wstęp na teren lapidarium wzbroniony! I już wiem, czemu ten człowiek zza płotu domu z tabliczką SOŁTYS tak się na mnie dziwnie patrzył ;)
W międzyczasie dostałem SMSa, że w drodze powrotnej z basenu Stowarzysze zadbali o moje nawodnienie a właściwie napiwnienie, więc spokojnie kierowałem się do bazy, w miarę spadku adrenaliny coraz mocniej czując stopy. Sam finisz był fantastyczny! Cała ekipa czekała na mnie przy wejściu, były gratulacje, pamiątkowe zdjęcia, które pewnie znajdą się w drugiej relacji i masa pozytywnej energii Przynajmniej póki nie usiadłem i nie obejrzałem swoich stóp... Ten element relacji pozostanie nieopatrzony fotografiami :D
Ale mimo obaw dostałem nawet pamiątkowy medal!


Ogólnie moje wnioski po zrobieniu pierwszej w życiu trasy TP50 samodzielnie to: robienie tego razem a samemu to zupełnie inne wyzwania. Pierwszy raz w życiu zrozumiałem co to jest kryzys i jak ciężko jest musieć polegać w 100% na sobie. I samemu ponosić konsekwencje błędów. Jak wiele zmienia dodatkowa para oczu. Myślę, że i PK8 zostałby znaleziony szybciej i przy PK19 nie byloby problemu z przerysowywaniem punktów, gdybyśmy z Gulą szli razem. Pewnie doszlibyśmy wcześniej i z kompletem punktów. I może z mniej poobcieranymi piętami. I stąd właśnie moje wnioski z tytułu. Możliwość przedyskutowania i przegłosowania wariantów zdecydowanie minimalizuje ilość pomyłek. A praca zespołowa przyspiesza szukanie punktów i przede wszystkim umożliwia wspieranie się wzajemnie. Następne PMnO na pewno idziemy we dwoje!

Z drugiej strony... Kiedyś chcę to powtórzyć. Niekoniecznie na Grassorze. Niekoniecznie za szybko. Ale bycie sam na sam z mapą i lasem też ma coś w sobie coś wyjatkowego.

Track (Odcinek od PK4 mniej więcej do PK14 dorysowany ręcznie bo mi nagrywanie siadło. Poza niewielkimi rozbieżnościami za PK3 dość wiernie odwzorowuje trasę. 

Generalnie mnóstwo czasu zmarnowałem na PK8. A nie musiałem.
Widać też, że gdybym poprawnie spisał PK9 miałem sporą szansę dojść na metę w około tym samym czasie z kompletem punktów. Może następnym razem :)

5 komentarzy:

  1. Jak Ty na Grilloki pójdziesz ze swoimi piętami?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie leczę się plastrami na otarcia. Podobno czynią cuda.
      W razie czego poszukam klapek biegowych :) Przecież się nie poddam :D

      Usuń
    2. Idea "biegania naturalnego";-)

      Usuń
    3. Klapki to w Tatry, spróbuj półbaletki.

      Usuń
    4. Aż musiałem sprawdzić co to są półbaletki :) Przecież to ma tyle wspólnego z butami co bikini z kostiumem kąpielowym!

      Coś się wymyśli, przecież nie przepuszczę takiej ilości etapów :) Nie ma opcji!

      Usuń