niedziela, 30 września 2018

Sudeckie urlopy

Po Grand Prix kolejną zaplanowaną aktywnością InOwą była Sudecka Wyrypa. Trudno było co prawda się zdecydować, czy właśnie tutaj start, czy może na będącym w tym samym okresie Orientopie, ale po frajdzie na Sudeckiej rok temu wygrało PMnO. A w międzyczasie cały tydzień spędziliśmy na "spacerach" po górach



 Już pierwszego dnia - po zakończeniu Grand Prix wybraliśmy się na spacer po okolicy Jagniątkowa i miejsca noclegowego. Spokojne kilka kilometrów drogą pod reglami i potem z zejściem do jagniątkowskiej kawiarni, w której nigdy nas nie było wcześniej. Warto było - przepyszne gofry obładowane owocami i fenomenalna kawa. Kto by przypuszczał :)







Na drugi dzień nie było już miejsca na taryfę ulgową. Choć z Jagniątkowa nie chciało nam się jeszcze ruszać samochodem, to spróbowaliśmy wymyślić jakąś nową trasę. Początek/koniec są dość ograniczone, szlaków jest ile jest. Ale już po wejściu na czerwony szlak ilość możliwości rośnie. Po raz pierwszy postanowiliśmy przestać ograniczać się do Polskiej strony gór i zapuściliśmy się za granicę. Konkretnie - dojść do najwyższego wodospadu Czech - Pancawskiego. 143 m wysokości, ale wcale nie wygląda, pewnie dlatego, że Pancava to wąski strumyk. Może z drugiej strony doliny widok byłby lepszy - spróbujemy innym razem, najlepiej mając ze sobą lornetkę! Wracając oczywiście żal było nie zahaczyć o Szrenicę, widoki piękne. I o ile podejście niebieskim szlakiem było ciężkie w fajny sposób, to zejście czarnym - masakryczne, bo szlak był zorany przez wycinkę drzew.
Tego dnia niespodziankę zrobiła mi Strava, kiedy okazało się, że na Segmentach, które były na naszym szlaku mieliśmy świetne wyniki! Brawo my!
Kolejnego dnia zaplanowane było spróbowanie się z podbieganiem po terenie górskim, na nieco dłuższej trasie, ale może nie tak strasznie trudnej. Wybraliśmy więc się do Jakuszyc, by tam zrobić częściowo po terenie Grand Prix wycieczkę "z podbiegami"
Plan udał się całkiem nieźle, choć zwłaszcza pod koniec, na utwardzonej nawierzchni od Chatki Górzystów i przy dużym ruchu rowerowym ilość biegania zmalała zdecydowanie. Ale za to widoku z nadizerskich łąk - przepiękne :)
Żeby jednak nie zabrakło i tras bardziej klasycznie turystycznych, no i obowiązkowej wizyty na Śnieżce, po raz kolejny postanowiliśmy poznać lepiej Sudety czeskie. Ale inaczej niż zwykle - samochód zostawić na Przełęczy Okraj i uderzyć na szczyt od wschodu. Jak to nasze szczęście zazwyczaj sprawia, zatrzymując się w poszukiwaniu kantoru w Kowarach trafiliśmy na start wyścigu rowerowego (i towarzyszącego pieszego) właśnie Kowary -> Okraj! Skorzystaliśmy z okazji i przy starcie nabyliśmy pyszną kawę oraz piwa lokalnego browaru :) Sama wycieczka zaczęła się dość ciężko, ale powoli się rozkręciliśmy i minęła całkiem przyjemnie. Ale też kto to widział, by - jak Czesi - knajpki przy szlaku zamykać o 16? Gdzie tu sens i logika!?!
Skoro już zaczęliśmy badać czeskie Sudety, to postanowiliśmy zabrać się do nich od drugiej strony tym razem. W poszukiwaniu miejsca startu pomogła informacja, że w Rokytnicy parkingi pod Ski Arena są latem bezpłatne - i zawsze jest na nich właściwie wolne miejsce. Pętelkę zaczęliśmy ambitnie - zamiast szlakiem na okrętkę, podeszliśmy na szlak drogą na wprost. Podejście okazało się koszmarnie ostre, kiedy dotarliśmy do szlaku byliśmy już wykończeni - na tyle, że możliwość zboczenia na chwilę na samą Łysą Górę odpuściliśmy bez żalu. Z kolei kocioł Kotła okazało się, że jest niedostępny dla turystów i ten kawałek drogi trzeba było zmienić. Przejście szczytami było tradycyjnie monotonne, choć w odróżnieniu od Polskiej strony sporo tu można zobaczyć pilnujących dawniej granicy bunkrów. Interesujące było za to zejście żółtym szlakiem - niby było coś napisane po czesku, że przebudowa chyba, ale kto by się przejmował... Okazało się, że przejmować się należało, bo szlak był całkiem w budowie! Na szczęście udało się przejść bokiem. Dalsza droga była już całkiem spokojna, choć był i moment, kiedy naprawdę nie chciało się dalej iść i marzyliśmy o jakiejś komunikacji. Dotrzeć do końca jednak się udało i nawet na obiad w czeskiej knajpie się załapaliśmy, mimo, że było po 16 :)

Ostatni dzień przed Sudecką miał z założenia być prosty miły i przyjemny. Pojechaliśmy więc na (sic!) Zakręt Śmierci i przez Wysoki Kamień wybraliśmy się w stronę Kopalni Kwarcu Stanisław. Do samej kopalni jednak nie doszliśmy, na tylko skupiliśmy się na przyjemnym spacerze, że gdzieś umknął nam czas i zawróciliśmy wcześniej, by nie spóźnić się na umówione spotkanie z Przemkiem, który przyjeżdżał na Sudecką pociągiem, ale już do samej bazy miał pojechać z nami - my też chcieliśmy zawczasu zarejestrować się, by móc w sobotę dłużej pospać przed startem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz