niedziela, 27 sierpnia 2017

Sudeckie przygody Chrumkającej Ciemności

Okolice Jeleniej Góry od dłuższego czasu były nam całkiem dobrze znane. Co najmniej kilka lat jeździliśmy tam i latem, i zimą. Któregoś roku wyjazd nie wyszedł i jakoś kolejnych nie było.
Ale kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu na Sudecką Wyrypę, stwierdziliśmy, że znajomość z terenami warto odświeżyć. A że i urlopu w tym roku jakoś więcej, a jeszcze na żadnej typowo górskiej 50tce nie byliśmy, to może warto poćwiczyć.
W Jeleniej zameldowaliśmy się więc już wieczorem w poniedziałek poprzedzający imprezę. Ponieważ Organizator ujawnił, że używane będą mapy wyd. Plan, zakupiliśmy takową zakładając, że przyzwyczaimy się do stylu, w jakim są kreślone. Wstępny plan zakładał dwa dni wędrówek po górach.
Aby sobie urozmaicić chodzenie, na wtorkowy dzień odnaleźliśmy mapę z Izerskiej Wielkiej Wyrypy 2015 wokół Świeradowa Zdroju z postanowieniem przejścia przynajmniej fragmentu trasy. Już na wstępie okazało się, że przerysowanie położeń PK z mapy na 3Drerun na naszą aktualną jest problemem - nie zgadzała się spora część ścieżek! (a to raptem 2 lata temu!). Ale zrobiliśmy co się dało i wyruszyliśmy w trasę - zakładając, że fakt odnalezienia punktu będziemy potwierdzać sobie GPSem, też będzie on w użyciu, żeby potwierdzać decyzje nawigacyjne po ich podjęciu - żeby nie robić nadmiarowych km na treningu.
Dzień ten można by opisywać długo, ale dość powiedzieć, że trasa nas wykończyła. Znaczne rozbieżności ścieżek nawet z aktualną mapą, trudne podejścia korytami strumieni (płynących!) i podobne atrakcje sprawiły, że przez 8h zrobiliśmy niewiele ponad 20km, nie znajdując nawet połowy punktów. Nie nastrajało to optymistycznie, ale liczyliśmy, że w sąsiedztwie Jeleniej Góry teren będzie łatwiejszy - Góry Izerskie raczej pokazały nam się od stromej i dzikiej strony.

Kolejny dzień zgodnie z planem i prognozą wróżącą deszcz spędziliśmy w uzdrowisku (Szczawnie) oraz na nowej podziemnej trasie turystycznej - "Projekt ARADO" - naprawdę fajnej! Takie trasy to trochę nasze małe hobby :) Szkoda, że (chyba) nie ma odznaki PTTK trasy podziemne...
Widać, że w górach nam dobrze :)
Na czwartek zaplanowaliśmy powtórkę Izerskiej WW 2012 - na terenach bliżej Jeleniej. Wieczorem przed jednak przemyśleliśmy sprawę, że z życia też trzeba coś mieć i być w górach i włóczyć się po nizinach to bez sensu. Zmieniliśmy więc kierunek i poszliśmy zbierać punkty GOT. Z Jagniątkowa wyruszyliśmy nad Śnieżne Kotły, potem do przełęczy Mokrej i z powrotem dołem pod Kotłami do Czarnego Kotła Jagniątkowskiego i na dół odpocząć. 21km i ponad 1200m podejścia, oczywiście nie biegiem ;) Ale za to czasem takimi szlakami:

Widoki generalnie warte grzechu - zwłaszcza z nad jeziorek u podnóża Kotłów:


W piątek miał niby być odpoczynek, ale pogoda była tak piękna, że nie wytrzymaliśmy. Podjechaliśmy do Karpacza i zdobyliśmy szczyt Śnieżki - oczywiście, żeby nie było nudno to trochę dookoła - przez Skalny Stół i z zejściem pięknym czerwonym szlakiem wzdłuż Łomniczki, łącznie z obowiązkowymi wybitnymi naleśnikami z jagodami w tamtejszym schronisku ( A tak na marginesie, jeśli kogoś z czytelników - podróżników górskie ścieżki zaprowadziłyby w okolice wspomnianego schroniska, to gorąco polecamy tamtejszą kuchnię!).
Całość trasy ponownie wyszła w okolicy 30< GOT.
Panorama ze Śnieżką w tle
Ciekawostką okazało się, że Czesi szczyty po swojej stronie wyposażają w znajomo wyglądające urządzenia:
Pomysł wydaje się świetny dla wszelkiego typu potwierdzeń typu książeczka GOT, ciekawe, kiedy wpadną na to samo po naszej stronie granicy?

W międzyczasie byliśmy też w kontakcie ze Stowarzyszami, którzy do bazy docierali pociągiem. Wiedzieliśmy więc, ze są już na miejscu i sami bez problemu dotarli na miejsce, wieczorkiem więc odwiedziliśmy ich, przy okazji się rejestrując i odbierając pakiet startowy. Na nocleg zdecydowaliśmy się zostać w firmowym ośrodku wypoczynkowym - koszt niewielki, a komfort łóżka i pokoju z łazienką - cóż, wysoki, zwłaszcza po przeczytaniu jak wyglądała noc w bazie.
Co jak co - rozgrzewkę więc mieliśmy solidną. Rano tylko wstać było trzeba nieco wcześniej i dojechać te 25 minut przed startem. Na szczęście się udało :) Nawet z niewielkim zapasem co nie jest wcale takie u nas częste. Choć na odprawę się nieco spóźniliśmy bo była na boisku i się zagapiliśmy :) Na szczęście nie ominęło nas nic ważnego i dostaliśmy mapy jak trzeba.
Pierwszą myślą co prawda było - gdzie nożyczki, bo arkusz A3 jest średnio wygodnym żaglem, jak to miejskie biegi UNTS'u pokazały, ale nikt nie nosi zbędnego ciężaru na maratonach :) Na szczęście mapę udało się ogarnąć.
Zgodnie z zapowiedzią nie było wielkiej możliwości manewru jeśli chodzi o kolejność punktów, właściwie tylko wybór kierunku. Po raz kolejny okazaliśmy się "inni" wybierając kierunek mniejszościowy. Druga Stowarzyszowa ekipa decydowała na podstawie faktu, że położenie PK1 odwiedzali dzień wcześniej - my tym, że przy przeciwnym kierunku zaliczania znacznie większy końcowy odcinek był miastem - łatwiejszym po zmroku.
Aby opanować tempo, założyliśmy sobie, że postaramy się mieć co najmniej 1PK na godzinę. I godzinę zapasu, bo limit ze względu na teren był wydłużony do 14 godzin.
Tradycyjnie do PK1 przejście było mocno "tramwajowe", faworyci prawie wszyscy wybrali przeciwny kierunek więc pomiędzy innymi "spacerowymi" grupami udaliśmy się na pobliski kopiec. Punkt złożony nie był, rozjaśnienia bardzo pomagały w znalezieniu lampionu jak i zaplanowaniu odejścia od punktu. Zwłaszcza to drugie okazało się ważne, kiedy na PK2 zapomnieliśmy, że środek kółka na mapie głównej nie musi oznaczał położenia lampionu i odeszliśmy w złym kierunku. Na szczęście daleko się nie oddaliliśmy, za dużo się nie zgadzało z mapą.
Do PK 3 szliśmy już sami, peleton się rozciągnął. Tu po raz pierwszy natknęliśmy się na drogę zamkniętą ze względu na wyrąb leśny i zagrodzoną przez ciężki sprzęt. Chwilę zaczekaliśmy, czy sprzęt nie odjedzie, przy okazji zmniejszając objętość plecaków o słodkie bułeczki, ale nie chciał jakoś nigdzie iść. Jednak kiedy operator nas zauważył - zatrąbił i zamachał, więc minęliśmy go dziękując za uprzejmość - chodzenie pod przenoszonymi balami drewna nie było w naszych planach. Stres jednak musiał być, bo zaczęliśmy szukać PK3 o skrzyżowanie za wcześnie - ale znów rozbieżności w mapie i rzeczywistości szybko zasugerowały, że trzeba szukać dalej - i punkt oczywiście był we właściwym miejscu. Przy PK spotkaliśmy pierwszych dwóch uczestników trasy rowerowej, patrząc na ich stroje doceniliśmy błotniki w swoich rowerach :) Kawałek później natknęliśmy się chyba na peleton, akurat prowadzący rowery pod górę stromą i kamienistą ścieżką (na mapie zaznaczonej jako solidna droga szutrowa). Komentarze rowerzystów pod adresem mapy były wielce edukujące, ale nie nadające się do zacytowania.
Do PK4 był chyba najdłuższy dystansem i najbardziej się dłużący odcinek - bo asfaltowy, skróty nie wyglądały wystarczająco zachęcająco by z nich korzystać. Tylko w samej Rybnicy nieco ścięliśmy skręcając w połowie drogi od PKP do kościoła i korzystając z przejścia przez tory, na które skierował nas mijany "lokalny". Po drugiej stronie torów odrobina konsternacji bo tam, gdzie spodziewaliśmy się drogi była duża stadnina i tabliczki "zakaz wstępu", ale po rozejrzeniu się w poszukiwaniu alternatyw weszliśmy pytając napotkaną osobę o pozwolenie - jak zwykle na szczęście nikt nie robił przeszkód :) Dojście do PK było oczywiście pod górę, po mokrej łące. Nasze buty są jednak wdzięczne anonimowemu kierowcy quada, który zjechał z góry nam naprzeciw, robiąc bardzo marszowo wygodne koleiny, dzięki którym buty pozostały suche. Na punkcie spotkaliśmy spożywającego przekąskę współtowarzysza trasy, z którym potem jeszcze kilkukrotnie skrzyżowaliśmy ścieżki. Z kolei schodząc zaczęliśmy spotykać najsilniejszych zawodników biegnących w przeciwną stronę. Ale też osoby idące naszą orientacją - więc nie byliśmy ostatni. Zanim doszliśmy do skrętu z głównej drogi na PK5 minęliśmy czołową piątkę biegnących nam naprzeciw. Drogi oczywiście w stronę PK z mapą nie zgadzały się wcale, zrobiliśmy więc przerwę na omawianie koncepcji, po czym poszliśmy na skróty przez świeżo zbronowane pole. Strasznie klei się do butów tamtejsza gleba :/ Punkt od tej strony idealnie widoczny, ale jak tylko przyszło do wyboru dalszej trasy konsternacja - gdzie jest kompas? Doszliśmy do wniosku, że musiał gdzieś wypaść przy wyborze drogi, niezbyt daleko, więc Gusia została pilnować lampionu a ja poleciałem z powrotem przez pole. Kompas był dokładnie tam, gdzie się go spodziewałem. Wróciłem po 10 minutach i widzę, że wystarczy  na tyle żonę zostawić w dziczy a znajdzie kogoś do rozmowy - dogonił nas widziany na poprzednim punkcie uczestnik. Od punktu odeszliśmy praktycznie razem, choć na początku w inne kierunki. Po zejściu na drogę odkryliśmy też, co za zagadkowe miejsce było na rozjaśnieniu - polana imprezowa lokalnego koła łowieckiego!

Zupełnie nawiasem mówiąc, okazało się, że punkt dobrze dostępny to jest od strony pól, od drogi podejście do niego wyglądało tak:

Zaraz za punktem dostaliśmy SMS od drugiej Stowarzyszonej ekipy, że są na PK9. Zdziwiliśmy się - to przecież strasznie daleko a oni są znacznie szybsi od nas. Odpisaliśmy, że jesteśmy między PK5 i PK6 i ruszyliśmy znów na przełaj przez pola - drogi po raz kolejny były zaorane. Chwilę później przeżyliśmy spore zaskoczenie, kiedy Barbara z Tomkiem wyłonili się z lasku naprzeciwko. A przecież pisali, że są na 9... Coś chyba byli szybsi niż SMS :) Nie zatrzymywaliśmy ich i poszliśmy dalej. Schodząc do PK6 spotykaliśmy dużo osób idących z naprzeciwka, ale oni szli pod górę, więc na pewno wyglądaliśmy bardzo rześko :).
Z kolei na samym punkcie wykazałem się wyjątkową bystrością, po spojrzeniu na poziomnice uznając, że droga wzdłuż jeziorka ma dużo przewyższeń... Gdzie w tym sens był - nadal nie wiem, ale poszliśmy z tego powodu dookoła - tam, gdzie te podejścia faktycznie były. W gratisie otrzymaliśmy jednak piękne widoki na Siedlęcin i okolice:

Sam punkt żywieniowy w Siedlęcinie... Świetnie zaopatrzony i obsadzony przez bardzo miłych ludzi, choć jeden z ratowników próbował nas straszyć górami, które jeszcze były przed nami - Stromcem, Szybowcową i Łysą Górą. Nie daliśmy się zastraszyć i po uzupełnieniu zaopatrzenia ruszyliśmy w dalszą drogę. Na punkcie zostaliśmy również uwiecznieni i zdjęcie to jest naszym ulubionym spośród wszystkich w oficjalnych galeriach, na jakich jesteśmy:

Zaraz za punktem zostaliśmy zaczepieni przez dwie starsze Panie pytające, czy to jakaś zabawa na orientację i gdzie idziemy. Dostaliśmy też garść rad o jakości okolicznych dróg. Strasznie to miłe było, choć potem z rozpędu pomieszaliśmy coś w zakrętach i zrobiliśmy dodatkowe pół km. Do PK8 powtórzyliśmy dojście jak do PK5 - przez pola, co zaoszczędziło nam pewnie kilkaset m i pozwoliło wejść idealnie na powieszony od strony pola lampion.
Do PK9 wybraliśmy nieco inny wariant, niż modelowy,
Perspektywa na Stromiec - jeszcze przed wspinaczką na niego.
idąc przez las, a następnie omijając rozlewiska niewielkiej rzeczki, za to podchodząc pod górę od chyba najtrudniejszej strony. Faktycznie - Stromiec zasługuje na swoją nazwę, a to, że na szczycie jest jeszcze skalny wał - piękne i naprawdę stresujące, kiedy wychodzi się wprost na kamienną skałę, pozornie bez wejścia. Udało się jednak wdrapać po jakimś osypisku, po czym wyszło, że na obu końcach wału są podejścia...
W każdym razie na dół schodziliśmy już na pełnym wypasie zakosami ścieżki. Po wyjściu na skraj lasu, do Góry Szybowcowej można już było lecieć na skróty - choć niestety średnio wygodnie przez pole skoszonego rzepaku. W każdym razie dzięki odbijającemu słońce znakowi na zakręcie, na który się orientowaliśmy przejście na śladzie wygląda jak od linijki rysowane. Niestety droga, którą chcieliśmy ominąć szczyt również okazała się zaorana, żeby więc nie szukać przejścia przez las, poszliśmy po prostu na szczyt. Ze szczytu dojście nie było żadnym problemem nawigacyjnym, PK10 był więc nasz i został ostatni wysoki punkt na Łysej Górze. Droga nie była specjalnie skomplikowana, zdziwiło nas tylko, że już na jej ostatnim etapie spotkaliśmy innego uczestnika TP50, schodzącego z punktu!
Na punkt doszliśmy bez większych przeszkód i nawet bez ostrzejszych podejść. Nad zejściem była chwila dyskusji - czy z powrotem, czy dookoła asfaltem - w końcu poszliśmy na wariant kompromisowy - na szagę! Szkoda tylko, że jak tylko zeszliśmy za zakres widoczności, dobrze przebieżny na szczycie las strasznie się zakrzaczył i zajeżynił, więc azymut był bardziej warunkowany stężeniem kolców niż wskazaniem kompasu. Przejść jednak się udało i zejście po łąkach może nie było najszybsze, ale na pewno przyjemne i bardzo spektakularne widokowo.
Ten w czerwonym to tzw. Azymut, należy iść za nim kiedy idzie się przez pola (wydeptuje ścieżkę w pokrzywach ;) )
Przynajmniej dopóki nie okazało się, że droga została przegrodzona elektrycznym pastuchem...  i że za nim nie pasły się krowy. Ale co poradzić, pokonaliśmy tą przeszkodę, mimo, że jak tylko przeszliśmy przez ogrodzenie zainteresowały się nami niektóre z pasących się zwierząt. Zaraz za polem spotkaliśmy pracującego przy domu gospodarza, który wypytał nas, co właściwie robią tu ci wszyscy ludzie, jak powiedzieliśmy, że szukają punktów charakterystycznych, był bardzo zawiedziony, że nie został za taki wybrany znajdujący się w pobliskiej kapliczce zabytkowy krzyż pokutny. Na Jaszczurze byłoby to możliwe, tu jednak lampiony są bardziej tradycyjne.
Droga do PK12 nie obfitowała w specjalne wydarzenia, choć łąka na sam koniec była mokrzejsza niż byśmy chcieli, zaczęło się też ściemniać. Za to od punktu do drogi i PK 13 prowadził nasyp, dawniej chyba kolejowy, którym prowadziła bardzo wygodna ścieżka. Przy samej drodze asfaltowej zamiast iść wzdłuż, poszliśmy drogami leśnymi, tu z kolei dodając sobie kilkaset metrów, ale za to dając odpocząć zmęczonym stopom - nadal chyba oboje nie umiemy dobrać sobie butów na takie wyprawy i na tym etapie śródstopie oboje mieliśmy mocno obolałe. Ale mimo to unikaliśmy nadal odparzeń i odcisków, dzięki czemu byliśmy optymistycznie nastawieni do swoich szans. PK13 został znaleziony i wzięty niemal w biegu, choć już  w solidnej ciemności. Został powrót do bazy, zgodnie z planem przez miasto więc nie stresujący wcale mimo zmroku, niestety nie sprzyjający podbieganiu, bo choć siły w nogach były, to podbicia stóp za mocno protestowały.
Jak się okazało zresztą, na metę dotarliśmy po 13 godzinach i 15 minutach, 45 minut po poprzednim uczestniku, więc podbieganie nic by nie dało.

Po powrocie zastaliśmy w bazie przysypiającego zwycięzcę trasy TP100 czyli Przemka (Jeszcze raz gratulacje!) i już chyba nieźle wypoczętych Barbarę i Tomka, już myślących chyba bardziej o niedzielnym podejściu do orientacji precyzyjnej we Wrocławiu niż o minionym biegu. Szczerze mówiąc nawet nie chciało się już piwa wypić, więc po zjedzeniu smacznego posiłku regeneracyjnego i wzięciu prysznica szbko poszliśmy spać.

Podsumowując, dla imprezy i Organizatorów mamy praktycznie same komplementy. A o zastrzeżeniach nawet nie ma co opowiadać. Trasa była zbudowana ciekawie, mimo małej ilości punktów nie nudna (długie przebiegi dla piechurów jednak się ciąąąąąągną zazwyczaj), interesująca nawigacyjnie, ale dzięki rozświetleniom i starannemu umieszczeniu PK pozbawioną elementu losowego "czesania" za lampionem. Punkt żywieniowy w ciekawym miejscu i świetnie zaopatrzony. Materiały przygotowane bardzo dobrze, wyniki, mapy, warianty optymalne dostępne niemal natychmiast. Współpraca ze sklepem Avalanche zaowocowała wyśmienitymi zdjęciami po.

Trzymay mocno kciuki za kolejną edycję i mamy nadzieję, że będziemy na niej walczyć o więcej, niż tylko komplet PK. Bo to się udało - po paśmie problemów na ostatnich kilku imprezach tym razem - nie bez wysiłku - SIĘ UDAŁO!

4 komentarze:

  1. Mi się 6 z 9 pomyliła ;)

    B.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My zwaliliśmy winę na opóźnienia sieci komórkowych :)

      Usuń
  2. A "podziemna" odznaka jest: http://www.ow_chelm.pttk.pl/index/odznaki/od39.htm :)

    OdpowiedzUsuń